DZIEJE RELIGII, FILOZOFII I NAUKI

indeks  |  antologia religijna  |  antologia filozoficzna  |  filozofia nauki

Wojciech Sady: wykłady

 

Karl R. POPPER

Prawda, racjonalność i rozwój wiedzy naukowej

"Truth, Rationality and the Growth of Scientific Knowledge"
w: K. R. Popper, Conjectures and Refutations, 1963, tłum. Stefan Amsterdamski
[z tekstu usunięto przypisy]

§ 1. Rozwój wiedzy: teorie i problemy

Celem tego wykładu jest zwrócenie uwagi na doniosłość pewnego szczególnego aspektu nauki - potrzeby jej rozwoju, czy też, jeśli kto woli - postępu. Nie mam tu na myśli praktycznego czy też społecznego znaczenia tej potrzeby, lecz jej doniosłość intelektualną. Twierdzę, że stały rozwój nauki jest warunkiem niezbędnym, by zachowała swój charakter racjonalny i empiryczny; gdyby przestała się rozwijać, utraciłaby go. To bowiem sposób, w jaki się rozwija, nadaje jej charakter racjonalny i empiryczny; jest to mianowicie sposób, w jaki uczeni wyróżniają najlepszą spośród aktualnie dostępnych teorii lub w jaki (z braku teorii zadowalającej) przedstawiają powody do odrzucenia wszystkich aktualnie nasuwających się, a zarazem formułują warunki, jakim sprostać powinna teoria poszukiwana.

Powyższe sformułowanie świadczy, że kiedy mówię o rozwoju wiedzy, nie mam na myśli gromadzenia obserwacji, lecz systematyczne obalanie aktualnych teorii naukowych i zastępowanie ich przez lepsze, bardziej zadowalające. Jest to, notabene, procedura godna uwagi nawet tych, którzy dopatrują się najważniejszego aspektu rozwoju nauki w nowych doświadczeniach i obserwacjach. Krytyczna analiza teorii wiedzie bowiem do prób ich sprawdzenia i wywrócenia, a to z kolei - do dalszych doświadczeń i obserwacji, o jakich nikt nie śniłby nawet, gdyby nie impuls i wskazówki płynące zarówno z teorii, jak z jej krytyki. Do najbardziej interesujących doświadczeń i obserwacji dochodzi bowiem w wyniku zaplanowanych prób sprawdzania teorii, zwłaszcza nowych.

W artykule tym pragnę podkreślić wagę tego właśnie aspektu nauki i rozwiązać pewne - zarówno stare, jak i nowe - problemy związane z pojęciem postępu naukowego oraz rozróżniania współzawodniczących teorii. Nowe problemy, które pragnę omówić, związane są z pojęciem prawdy obiektywnej i zbliżania się do prawdy, pojęć wielce, jak sądzę, pomocnych w analizie rozwoju wiedzy.

Mimo iż ograniczam analizę do rozwoju nauki, to moje uwagi w zasadniczo niezmienionej postaci dotyczą również rozwoju wiedzy przednaukowej, czyli w ogóle sposobu, w jaki ludzie, a nawet zwierzęta, zdobywają wiedzę empiryczną o świecie. Metoda prób i błędów, uczenia się na błędach wydaje się w zasadzie wspólna niższym i wyższym zwierzętom, szympansom i uczonym. Interesuje mnie nie tylko teoria wiedzy naukowej, lecz wiedzy w ogóle. Jednakże badanie rozwoju nauki jest, jak mniemam, najbardziej owocnym sposobem studiowania rozwoju wiedzy w ogóle. Można bowiem twierdzić, iż rozwój wiedzy naukowej jest "dobitnym przykładem rozwoju poznania zdroworozsądkowego [1].

Czy grozi nam, że potrzeba stałego postępu nie zostanie zaspokojona, a rozwój wiedzy naukowej ustanie? W szczególności, czy stać się tak może dlatego, gdyż nauka spełni już swoje zadanie? Ze względu na naszą nieograniczoną ignorancję nie wydaje mi się to możliwe. Wśród rzeczywistych zagrożeń postępu nauki to ostatnie wydaje się najmniej prawdopodobne; należą zaś do nich brak wyobraźni (będący często wynikiem braku zainteresowania), przesadna wiara w formalizację i ścisłość (o czym mowa będzie niżej w p. V) oraz autorytaryzm w tej lub innej ze swych licznych postaci.

Ponieważ kilkakrotnie użyłem słowa "postęp", chciałbym, aby było jasne, iż bynajmniej nie jestem wyznawcą prawa historycznego postępu. Zadałem tej wierze szereg ciosów [2] i moim zdaniem nauka nie podlega niczemu, co by przypominało to prawo. Historia nauki, tak jak wszelkich ludzkich idei, to dzieje nieodpowiedzialnych marzeń, uporu i błędów. Nauka jest jednak jedną z nielicznych, być może nawet jedyną dziedziną ludzkiej działalności, w której błędy są systematycznie krytykowane i najczęściej z czasem korygowane. Dlatego można twierdzić, że w nauce często uczymy się na błędach, oraz jasno i wyraźnie wskazywać, na czym polega w niej postęp. W większości innych dziedzin ludzkiej działalności mamy do czynienia ze zmianami, lecz rzadko kiedy z postępem (chyba że wyznajemy bardzo ograniczony pogląd na możliwe cele ludzkiego życia); każdą bowiem wygraną równoważy (a czasem przeważa) jakaś strata; w większości zaś przypadków nie wiemy nawet, jak mielibyśmy oceniać takie niewspółmierne zmiany.

W nauce natomiast dysponujemy kryterium postępu; nawet nim nowa teoria poddana zostanie empirycznym testom, możemy powiedzieć czy - gdyby przeszła te testy pomyślnie - byłaby udoskonaleniem teorii dotychczasowej. Tak brzmiałaby moja pierwsza teza.

Mówiąc inaczej, twierdzę, że wiemy, czym odznaczać się powinna dobra teoria naukowa, nim jeszcze poddaliśmy ją testom, oraz jakiego rodzaju teoria byłaby lepsza pod warunkiem, że ostałaby się pewnym surowym próbom. Właśnie ta metanaukowa wiedza pozwala mówić o postępie w nauce i o racjonalnym wyborze między teoriami.

II

Zgodnie z moją pierwszą tezą, możemy więc wiedzieć - i to nim jeszcze jakaś nowa teoria poddana zostanie testom - że jeśli testy te przejdzie pomyślnie, będzie lepsza od jakiejś innej teorii.

Tak więc z mojej pierwszej tezy wynika, iż dysponujemy kryterium względnej potencjalnej "wyższości" czy też "postępowości", które można zastosować do teorii, i że nawet nim jeszcze okaże się, czy oprze się surowym testom, można będzie uznać, że - jeśli tak się stanie - to jest faktycznie zadowalająca.

To kryterium względnej potencjalnej "wyższości" (które sformułowałem pewien czas temu [3] i które, notabene, pozwala pod tym względem szeregować teorie, jest niezwykle proste i intuicyjne. Preferuje ono teorie, które mówią więcej, to znaczy teorie bardziej informacyjne, o większej treści empirycznej; teorie logicznie mocniejsze, o większej mocy eksplanacyjnej i prognostycznej, a więc takie, które podlegać mogą surowszym sprawdzianom ze względu na przewidywane przez nie fakty i obserwacje. Jednym słowem, w porównaniu z teoriami trywialnymi preferujemy teorie interesujące, odważne, wysoce informacyjne.

Wszystkie te pożądane cechy teorii sprowadzają się, jak się okazuje, do tego samego - to jest do większej zawartości empirycznej czy też, co na to samo wychodzi, do wyższego stopnia sprawdzalności.

III

Moja analiza treści teorii (lub jakiegokolwiek zdania) opierała się na prostej i oczywistej koncepcji, że zawartość informacyjna koniunkcji ab dwóch zdań a i b zawsze będzie większa lub co najmniej równa treści jej członów.

Niech a będzie zdaniem "W piątek będzie padać", b - "W sobotę będzie ładnie", ab natomiast - "W piątek będzie padać, a w sobotę będzie ładnie". Nie ulega wątpliwości, że informacyjna zawartość koniunkcji ab jest większa od zawartości informacyjnej każdego ze zdań a i b z osobna, a także, iż prawdopodobieństwo ab (czyli prawdopodobieństwo, że ab okaże się prawdziwe) będzie mniejsze od prawdopodobieństwa każdego ze zdań a i b z osobna. Oznaczając "treść zdania" przez Tr otrzymamy:

(1) Tr(a) ≤ Tr(ab) ≥  Tr(b)

a więc zależność odwrotną niż wskazuje odpowiednie prawo rachunku prawdopodobieństwa

(2) p(a) ≥ p(ab) ≤ p(b)

Te dwie nierówności (1) i (2) łącznie wskazują, że w miarę jak rośnie treść, maleje prawdopodobieństwo, i vice versa, czyli że treść rośnie w miarę, jak rośnie nieprawdopodobieństwo. (Analiza ta jest, rzecz jasna, całkowicie zgodna z ogólną koncepcją logicznej treści zdania jako klasy wszystkich jego konsekwencji. Można również powiedzieć, iż zdanie a jest logicznie silniejsze od zdania b, jeśli treść a jest większa od treści b, to znaczy jeśli zawiera ono więcej niż b).

Z faktu tego płyną nieuchronnie następujące konsekwencje: jeśli wzrost wiedzy oznacza operowanie teoriami o rosnącej treści, musi on również oznaczać operowanie teoriami o malejącym prawdopodobieństwie (w sensie rachunku prawdopodobieństwa). Jeśli więc naszym celem jest rozwój wiedzy, to nie może być nim wzrost tak rozumianego prawdopodobieństwa. Te dwa cele są ze sobą niezgodne.

Do tego trywialnego choć fundamentalnego wyniku doszedłem jakieś trzydzieści lat temu i od tego czasu głosiłem go wszem i wobec. Jednakże przesąd, iż bardziej pożądany jest wysoki stopień prawdopodobieństwa, jest tak głęboko zakorzeniony, że wiele osób ma ten trywialny wniosek za paradoks [4]. Mimo prostoty tego wyniku, koncepcja, że bardziej pożądany musi być wysoki stopień prawdopodobieństwa (w sensie rachunku prawdopodobieństwa) wydaje się większości ludzi tak oczywista, ze nie są skłonni do jej krytycznej analizy. Z tego powodu dr Bruce Brooke-Wavell sugerował mi, abym przestał w tym kontekście mówić o "prawdopodobieństwie", a oparł moją argumentację na "rachunku treści" i "treści względnej". Innymi słowy znaczyło to, że nie powinienem mówić o dążeniu w nauce do nieprawdopodobieństwa, lecz do maksymalnej treści. Przemyślałem gruntownie tę sugestię, ale nie sądzę, by była pomocna; jeśli kwestia ma zostać rzeczywiście wyjaśniona, czołowe zderzenie z szeroko uznawanym i głęboko zakorzenionym przesądem wydaje się nieuchronne. Nawet gdybym, co nie byłoby zbyt trudne, oparł własną teorię na rachunku treści czy też mocy logicznej, mimo to niezbędne byłoby wyjaśnienie, że rachunek prawdopodobieństwa w jego (logicznym) zastosowaniu do zdań nie jest niczym innym jak rachunkiem ich logicznej słabości (absolutnej lub względnej) lub braku treści. Być może zderzenie czołowe nie byłoby nieuchronne, gdyby ludzie nie byli tak skłonni do bezkrytycznego uznawania, że celem nauki musi być wysokie prawdopodobieństwo i że zatem teoria indukcji winna wyjaśniać, w jaki sposób osiągać można teorie o wysokim stopniu prawdopodobieństwa. (W istniejącej sytuacji trzeba jednak koniecznie tłumaczyć, że chodzi o co innego - a mianowicie o podobieństwo do prawdy i o rachunek zupełnie inny od rachunku prawdopodobieństwa, z którym tamten nieustannie mylono). Aby uniknąć tego prostego wniosku, proponowano wiele mniej lub bardziej pomysłowych teorii. Udało mi się, jak sądzę, wykazać, że żadna z nich nie da się utrzymać. Co ważniejsze jednak, są one niepotrzebne. Wystarczy uznać, że wartością teorii, którą wszyscy cenimy, a którą można by nazwać podobieństwem do prawdy ("verisimilitude", lub Jruthlikeness"), nie jest prawdopodobieństwo w rozumieniu rachunku prawdopodobieństwa, gdzie bezwzględnie obowiązuje nierówność (2). Nie jest to, co należy podkreślić, kwestia słownictwa. Jest mi obojętne, co kto będzie nazywał "prawdopodobieństwem", i nie będę się sprzeciwiał, jeśli ktoś nazwie inaczej stopnie tego, do szacowania czego stosuje się rachunek prawdopodobieństwa. Osobiście sądzę, że wygodniej jest zachować ten termin do tego, co spełnia dobrze znane reguły rachunku sformułowane przez Laplace'a, Keynesa i Jeffreysa oraz wielu innych i dla których podałem różne formalne układy aksjomatów. Wówczas i tylko wówczas, jeśli przyjmiemy tę terminologię, nie będzie wątpliwości, iż absolutne prawdopodobieństwo zdania a oznacza po prostu stopień jego logicznej słabości, czy też braku treści informacyjnej, natomiast względne prawdopodobieństwo zdania a ze względu na zdanie b to po prostu stopień jego względnej logicznej słabości czy też braku nowej treści informacyjnej wobec zawartej już w zdaniu b. Tak więc skoro dążymy w nauce do wysokiej zawartości informacyjnej - skoro wzrost wiedzy znaczy, że wiemy więcej - nie tylko to, co mówi a, lecz to, co stwierdza a& - i że w ten sposób wzrasta zawartość treściowa teorii, to zgodzić się musimy tym samym, że dążymy do niskiego prawdopodobieństwa (w rozumieniu rachunku prawdopodobieństwa). Ponieważ zaś niskie prawdopodobieństwo oznacza dużą szansę falsyfikacji, to wynika stąd, że jednym z celów nauki jest wysoki stopień sprawdzalności czy też wywrotności będący, notabene, tym samym co wysoka zawartość informacyjna. Sprawdzalność czy też nieprawdopodobieństwo jest zatem kryterium potencjalnej "zdatności" teorii; warte sprawdzania są jedynie teorie o wysokim stopniu sprawdzalności, mało prawdopodobne, a teoria jest faktycznie, nie tylko potencjalnie, lecz faktycznie, "zdatna" wówczas, gdy z powodzeniem przechodzi surowe próby - zwłaszcza takie, które nim zostały podjęte, uchodzić mogły za rozstrzygające. W wielu przypadkach istnieje możliwość obiektywnego porównywania surowości testów. Można nawet, gdy jest to celowe, określić miarę ich surowości5. Tą samą metodą da się zdefiniować moc eksplanacyjną teorii oraz stopień jej poświadczenia (corroboration). iv Tezę, że postęp nauki przebiega zgodnie z zaproponowanym tu kryterium, potwierdzają przykłady historyczne. Teoria Newtona, logicznie mocniejsza i lepiej sprawdzalna zastąpiła, zawierając je w sobie, teorie Galileusza i Keplera; to samo dotyczy stosunku teorii Maxwella do Fresnela i Faradaya oraz teorii Einsteina do Maxwella i Newtona. Za każdym razem postęp prowadził do teorii o większej zawartości informacyjnej, a tym samym i mniej prawdopodobnej; do teorii lepiej sprawdzalnej, ponieważ płynące z niej przewidywania były bardziej (w sensie logicznym) wywrotne. O teorii, która wychodzi cało z prób wywrócenia jej śmiałych i mało prawdopodobnych prognoz, można powiedzieć, iż zostaje przez te próby poświadczona. Wspomnę tutaj o odkryciu Neptuna przez Galie'a, fal elektromagnetycznych przez Hertza, obserwacji zaćmienia słońca przez Eddingtona, interpretacji maksimów Davissona jako dyfrakcji fal de Brogliego przez Elsassera, czy wreszcie o obserwacji pierwszych mezonów Yukawy przez Powella. Wszystkie te odkrycia, osiągnięte w wyniku surowych testów przewidywań, które z punktu widzenia starych teorii były mało prawdo 7 Do poglądu tego przekonał mnie w 1956 r. dr J. Agassi, którego zdaniem traktowanie zamkniętych systemów dedukcyjnych jako celu jest reliktem długiego dominowania poglądów Newtona (a tym samym, dodałbym, tradycji platońskiej i euklidesowej). O bardziej radykalnym poglądzie J. Agassiego mowa będzie jeszcze niżej, w ostatnim przypisie do tego rozdziału. podobne, poświadczały teorie nowe będące przesłankami tych prognoz. Do ważnych odkryć prowadziły również testy, których wynikiem było nie poświadczenie, lecz obalenie teorii. Jednym z najnowszych przykładów jest obalenie zasady parzystości. Natomiast klasyczne doświadczenia Lavoisiera wskazujące, że podczas spalania świecy w zamkniętym pojemniku objętość tlenu maleje, albo że ciężar opiłków żelaza rośnie w wyniku ich prażenia, nie tyle potwierdzały tlenową teorię spalania, co obalały flogistonową. Lavoisier staranie planował swe doświadczenia. Jednakże nawet większość tak zwanych odkryć przypadkowych ma analogiczną strukturę. Są one z reguły obaleniami teorii utrzymywanych dotąd, choćby i nieświadomie. Dochodzi do nich, kiedy jakieś (oparte na tych teoriach) oczekiwania niespodziewanie zawodzą. Tak na przykład katalityczne własności rtęci odkryto, kiedy przypadkowo stwierdzono, że w jej obecności przyspieszeniu ulegają reakcje, czego nie oczekiwano. Jednakże ani odkrycie Oersteda, ani Roentgena, ani Becquerela czy Fleminga nie było de facto, wbrew pozorom, przypadkowe; każdy z nich odkrył coś w rodzaju tego, czego szukał. Można również twierdzić, że niektóre odkrycia, dajmy na to Kolumba, poświadczając jedną teorię (kulistego kształtu Ziemi) obalały zarazem poglądy co do jej wielkości, a tym samym i najkrótszej drogi do Indii; było to odkrycie przypadkowe w tej mierze, w jakiej sprzeczne było z wszelkimi oczekiwaniami, i bynajmniej nie było zamierzonym testem poglądów, które obaliło. v Z naciskiem, jaki kładę na postępowy rozwój wiedzy naukowej, kontrastuje w jakimś stopniu rozpowszechniony ideał nauki jako zaksjornatyzowanego systemu dedukcyjnego. Dominował on w europejskiej epistemologii począwszy od platonizującej kosmologii Euklidesa (czym, jak sądzę, w intencji autora miały być Elementy) aż do Newtona, a później - Boscovica, Maxwella, Einsteina, Bohra, Schródingera i Diraca. Jest to epistemologia, zgodnie z którą ostatecznym celem i zadaniem działalności naukowej jest budowanie zaksjomatyzowanych systemów dedukcyjnych. W przeciwieństwie do tego stanowiska jestem obecnie przekonany, że te zachwycające systemy dedukcyjne powinny być traktowane raczej jako szczeble, nie zaś cele1, jako ważne etapy drogi do bogatszej, lepiej sprawdzalnej wiedzy. Traktowane jako środki czy szczeble, są one z pewnością niezbędne, bowiem zmuszeni jesteśmy przedstawiać teorie w postaci systemów dedukcyjnych. Jest to nieuchronne ze względu na wymaganie, by teorie były coraz bardziej informacyjne, lepiej sprawdzalne, coraz mocniejsze logicznie. Bogactwo ich konsekwencji okazane być musi dedukcyjnie, albowiem teorie z reguły sprawdzane być mogą tylko poprzez testowanie ich poszczególnych dalekosiężnych konsekwencji, których nie sposób dostrzec bezpośrednio w drodze intuicyjnego oglądu. Tym jednak, co decyduje o racjonalnym charakterze teorii, nie jest ich wspaniała struktura dedukcyjna, lecz ich podatność na krytyczną analizę, na próby obalenia, w tym również za pośrednictwem obserwacji; a również fakt, że w pewnych przypadkach teoria potrafi ostać się takim testom, które obaliły ich poprzedniczki (a niekiedy i surowszym). Racjonalny charakter nauki polega raczej na sposobie wyboru teorii, niż na jej dedukcyjnej rozbudowie. Niewielką jest więc zasługą formalizowanie i wypracowywanie dedukcyjnych, niekonwencjonalnych systemów, jeśli celem tego nie jest ułatwienie sprawdzania teorii i jej krytycznego porównywania z konkurentkami. Takie porównywanie, choć ma pewne aspekty konwencjonalne i arbitralne, dzięki kryterium postępu nie ma w zasadzie charakteru konwencjonalnego. W krytycznej procedurze sprawdzania do głosu dochodzą racjonalne i empiryczne pierwiastki nauki. Składają się na nią te wybory, obalenia i decyzje, które świadczą, że nauczyliśmy się czegoś na własnych błędach, a tym samym wzbogaciliśmy naszą wiedzę. VI Być może jednak nawet taka wizja nauki jako procedury, której racjonalność polega na uczeniu się na błędach, nie jest jeszcze w pełni zadowalająca. Stwarzać może mianowicie wrażenie, że postęp w niej wiedzie od teorii do teorii, że składa się na ciąg coraz lepszych systemów dedukcyjnych. Tymczasem sądzę, że proces ten należy sobie wyobrażać jako przechodzenie od jednych problemów do kolejnych, coraz głębszych. Teoria naukowa jest bowiem w pierwszym rzędzie i przede wszystkim próbą rozwiązania jakiegoś problemu, to jest problemu wymagającego wyjaśnienia6. Nie przeczę, że nasze oczekiwania, a tym samym i teorie, mogą historycznie poprzedzać problemy, niemniej nauka wychodzi zawsze od problemów. Mnożą się one, gdy nasze oczekiwania okazują się zawodne lub kiedy teorie napotykają na kłopoty i popadają w sprzeczności czy to wewnętrzne, czy też w konfrontacji z innymi teoriami oraz wynikami obserwacji. Ponadto to właśnie problemy uświadamiają nam, że kierujemy się jakąś teorią, zmuszają nas do uczenia się, do wzbogacania wiedzy, do eksperymentowania i obserwacji. Chociaż problemy mogą mieć swe źródła w obserwacjach, zwłaszcza niespodziewanie zadających kłam naszym oczekiwaniom i teoriom, to jednak punktem wyjścia nauki są problemy, a nie obserwacje. Uczony zawsze stawia sobie za zadanie rozwiązanie jakiegoś problemu poprzez zbudowanie teorii, tłumaczącej, na przykład, nieoczekiwane i niewyjaśnione dotąd obserwacje. Jednakże każda nowa wartościowa teoria stwarza kolejne problemy związane z koniecznością pogodzenia jej z innymi teoriami oraz z przeprowadzaniem nowych, nierozważanych dotąd testów. Gdyby ich nie stwarzała, byłaby po prostu bezpłodna. Możemy zatem powiedzieć, że najtrwalszym wkładem do rozwoju wiedzy naukowej, jaki wnieść może teoria, są nowe, zrodzone przez nią problemy; a rozwój wiedzy zaczyna się od - i kończy na - nowych, coraz to głębszych i liczniejszych problemach świadczących o płodności teorii. § 2. Teoria prawdy obiektywnej: zgodność z faktami VII Mówiłem dotąd o nauce, jej rozwoju, kryterium postępu, nie wspominając nawet o prawdzie. Być może uda się to zrobić nie popadając ani w pragmatyzm, ani w instrumen-talizm. Otóż istotnie można uważać, że kryterium postępu w nauce jest intuicyjnie zadowalające, i opowiadać się za nim bez podejmowania w ogóle problemu prawdziwości teorii. I rzeczywiście, nim zapoznałem się z teorią prawdy Tarskiego 7, wydawało mi się, że zamiast wdawać się w spory na temat wysoce kontrowersyjnego problemu związanego z używaniem słowa "prawda", bezpieczniej i oszczędniej jest analizować kryterium postępu. Ówczesne moje stanowisko przedstawiało się następująco: aczkolwiek akceptowałem, jak niemal każdy, teorię prawdy obiektywnej, czy też absolutnej, zwaną też teorią korespondencji, wolałem unikać tej kwestii. Beznadziejne bowiem wydawało mi się jasne zrozumienie owej nieuchwytnej koncepcji korespondencji między zdaniem a faktami. Aby zrozumieć, dlaczego sytuacja ta wydawała się beznadziejna, wystarczy powołać się jako na jeden z licznych przykładów, na Tractatus... Wittgensteina z jego zadziwiająco naiwną "obrazkową" teorią prawdy. Zgodnie z nią zdanie jest obrazem czy też projekcją faktu, który ma opisywać, i odznacza się tą samą co on strukturą ("formą") - tak jak płyta gramofonowa jest obrazem czy projekcją zarejestrowanych na niej dźwięków i odznacza się pewnymi ich cechami strukturalnymi8. Inną daremną próbę wyjaśnienia korespondencji podjął M. Schlick; przedstawił on niezwykle jasną i druzgocącą krytykę '1 rozmaitych wersji teorii korespondencyjnej (włącznie z teorią obrazkową), ale - niestety - jego własna nie była wcale lepsza. Interpretował on korespondencję jako jedno--jednoznaczną odpowiedniość między oznaczeniem a przedmiotem oznaczanym, choć liczne przykłady wskazują (o-znaczenia stosujące się do wielu przedmiotów oraz przedmioty rozmaicie oznaczane), że interpretacji tej obronić się nie da. Wszystko to zmieniła podana przez Tarskiego teoria prawdy jako korespondencji między zdaniem a faktami. Jego największe osiągnięcie o rzeczywistym znaczeniu dla filozofii i nauk empirycznych polega, jak sądzę, na przywróceniu korespondencyjnej teorii prawdy obiektywnej (lub absolutnej); okazało się, iż możemy używać intuicyjnej koncepcji prawdy jako zgodności z faktami. (Pogląd, iż teoria ta stosuje się wyłącznie do języków sformalizowanych, jest, jak sądzę, mylny. Stosuje się ona do każdego spójnego, mniej lub bardziej naturalnego języka. Analiza Tarskiego powinna nas uczyć, jak radzić sobie z niespójnościami, co oczywiście oznacza, że stosowanie jego teorii pociąga za sobą pewną "sztuczność" i wymaga ostrożności.) Chociaż zakładam, że słuchacze moi są dobrze zaznajomieni z teorią prawdy Tarskiego, celowe będzie być może wskazanie, w jaki sposób potraktować ją można jako proste z intuicyjnego punktu widzenia objaśnienie koncepcji korespondencji z faktami. Muszę się zatrzymać nad tą niemal trywialną kwestią ze względu na jej znaczenie dla dalszych wywodów. Wysoce intuicyjny charakter koncepcji Tarskiego staje się oczywisty (o czym przekonałem się w toku dydaktyki), jeśli z góry uznamy, że "prawda" to synonim korespondencji z faktami" i (zapominając o "prawdzie") przystąpimy do definiowania pojęcia "korespondencji z faktami". W tym celu rozpatrzyć winniśmy najpierw następujące dwa sformułowania, z których każde wskazuje po prostu (w metajęzyku), pod jakimi warunkami można powiedzieć, że pewne twierdzenie (języka przedmiotowego) koresponduje z faktami: (1) Zdanie lub stwierdzenie "śnieg jest biały" koresponduje z faktami wówczas i tylko wówczas, gdy rzeczywiście śnieg jest biały. (2) Zdanie lub stwierdzenie "trawa jest czerwona" kore- sponduje z faktami wówczas i tylko wówczas, gdy rzeczywiście trawa jest czerwona. Sformułowania te (w których słowo "rzeczywiście" wprowadzone zostało tylko dla wygody i może zostać opuszczone) brzmią zgoła trywialnie. Jednakże mimo tej trywialności Tarski zdołał okazać, że zawierają one wyjaśnienie pojęcia korespondencji z faktami i prawdy. Powiedziałem, że teoria Schlicka była błędna, myślę jednak, że niektóre jego uwagi dotyczące własnej teorii rzucają światło na teorię Tarskiego. Schlick powiadał bowiem, iż problem prawdy dzielił losy pewnych innych kwestii, których rozwiązanie trudno było dostrzec, ponieważ przypuszczano, że są one głęboko ukryte, podczas gdy w rzeczywistości były niemal oczywiste i na pierwszy rzut oka banalne. Rozwiązanie Tarskiego może właśnie na pierwszy rzut oka wydać się banalne, ale jego płodność i moc bynajmniej banalne nie są. Sprawą tą nie będę się tu jednak zajmował. VIII Dzięki pracy Tarskiego pojęcie prawdy obiektywnej czy też absolutnej jako korespondencji z faktami uznawane jest dziś, jak się zdaje, przez wszystkich, którzy je rozumieją. Kłopoty z jego zrozumieniem mają dwa źródła: po pierwsze, połączenie niezwykle prostej koncepcji intuicyjnej ze skomplikowaną technicznie realizacją programu, który zrodziła; po drugie zaś - rozpowszechniony, ale błędny dogmat, że teoria prawdy musi być teorią prawdziwych czy też dobrze uzasadnionych racjonalnych przekonań. Trzy rywalki korespondencyjnej teorii prawdy - teoria koherencji przyrównująca "prawdę" do "zgodności [twierdzeń]", teoria oczywistości utożsamiająca "prawdziwość" z "przekonaniem o prawdziwości" oraz teoria pragmatyczna czy też instrumentalistyczna sprowadzająca "prawdziwość" do "użyteczności" - wszystkie, w odróżnieniu od (metalogicznej) teorii prawdy obiektywnej Tarskiego, mają charakter subiektywny (czy też "epistemiczny"). Są one subiektywne w tym sensie, że wszystkie wyrastają z subiek-tywistycznego poglądu, który nie potrafi traktować wiedzy inaczej niż jako pewnego szczególnego stanu umysłu, bądź dyspozycji, bądź specjalnego rodzaju przekonań odznaczających się, na przykład, swym pochodzeniem lub stosunkiem do innych przekonań. Jeśli wychodzimy od subiektywnego doświadczania przekonań i traktujemy wiedzę jako ich szczególny rodzaj, wówczas też wiedzę prawdziwą traktujemy jako jeszcze bardziej szczególny ich rodzaj - przekonań dobrze ugruntowanych czy uzasadnionych. Znaczy to, że istnieć musi jakieś mniej lub bardziej skuteczne kryterium, choćby i częściowe, owego dobrego uzasadnienia - jakaś oznaka pozwalająca odróżnić przeżywanie dobrze uzasadnionych przekonań od innych. Można okazać, iż wszystkie subiektywne teorie prawdy poszukują tego rodzaju kryterium: usiłują zdefiniować prawdę przez odwołanie się do źródeł przekonań9 lub do operacji ich weryfikowania czy też do jakichś reguł akceptacji, bądź wreszcie do jakości naszych subiektywnych przekonań. Wszystkie one z grubsza powiadają, że prawda to to, w co możemy zasadnie wierzyć, co możemy akceptować na mocy jakichś tam reguł lub kryteriów, lub na podstawie pochodzenia, biologicznej przydatności, siły przekonań bądź niemożliwości odrzucenia. Obiektywna teoria prawdy wiedzie do zgoła innej postawy. Świadczy o tym fakt, że pozwala ona na wypowiadanie takich na przykład twierdzeń: teoria może być prawdziwa, nawet jeśli nikt w nią nie wierzy i nawet jeśli nie mamy powodów, by ją akceptować, wierzyć w jej prawdziwość; inna zaś może okazać się fałszywa, mimo iż posiadamy stosunkowo dobre racje, by ją akceptować. Z punktu widzenia każdej subiektywnej, epistemicznej teorii prawdy tego rodzaju twierdzenia uchodzić muszą jako wewnętrznie sprzeczne. Na gruncie teorii prawdy obiektywnej są one natomiast nie tylko spójne, ale i w sposób oczywisty prawdziwe. Kolejne twierdzenie, jakie w sposób naturalny można sformułować na gruncie obiektywnej teorii prawdy, powiadałoby: Nawet jeśli udaje się nam natrafić na teorię prawdziwą, to możemy się tego tylko domyślać, ale niemożliwością jest wiedzieć, że jest prawdziwa. Tego rodzaju pogląd wyraził chyba po raz pierwszy 2500 lat temu Ksenofanes10. Wskazuje to, jak stara jest teoria prawdy obiektywnej; poprzedzała ona nawet Arystotelesa, który również ją akceptował. Dopiero jednak dzięki pracy Tarskiego usunięte mogły zostać podejrzenia, że jest ona albo wewnętrznie sprzeczna (ze względu na paradoks kłamcy), albo pusta (co sugerował Ramsey), albo jałowa lub co najmniej redundantna w tym sensie, iż można się bez niej obejść (jak sam kiedyś sądziłem). Moja koncepcja rozwoju nauki faktycznie do pewnego momentu obywała się bez niej. Jednakże po pracach Tarskiego nie widzę już żadnego powodu, dla którego miałbym z niej rezygnować. Kiedy zaś chcemy wskazać różnicę między naukami czystymi i stosowanymi, między dążeniem do wiedzy i do zapewniających władzę narzędzi, obejść się bez niej już nie sposób. Różnica polega bowiem na tym, że dążąc do wiedzy, poszukiwać mamy teorii prawdziwych, a co najmniej bliższych prawdzie niż inne, bardziej zgodnych z faktami; natomiast w poszukiwaniu teorii będących tylko potężnymi narzędziami osiągania jakichś celów praktycznych bardzo pomocne mogą być niekiedy teorie, o których wiemy, że są fałszywe '4. Wielką zaletą obiektywnej teorii prawdy jest to, iż pozwala nam - za Ksenofanesem - twierdzić, iż szukamy prawdy, ale nawet jeśli nam się uda ją znaleźć, nie możemy być pewni, że ją posiedliśmy; że chociaż nie dysponujemy kryterium prawdy, to koncepcja prawdy kieruje nami jako zasada regulatywna (jak powiedziałby Kant czy Peirce); i że chociaż nie istnieją żadne ogólne kryteria, które pozwalają prawdę rozpoznać, to istnieją kryteria zbliżania się do niej, o czym niżej będzie mowa. Status prawdy obiektywnej jako zgodności z faktami oraz jej roli jako zasady regulatywnej porównać można z zawsze, czy prawie zawsze zasłoniętym chmurami szczytem górskim. Wspinacz ma nie tylko trudności ze zdobyciem go; może nawet nie wiedzieć, czy udało mu się go osiągnąć, bowiem w chmurach może nie móc odróżnić głównego wierzchołka od pobocznego. Nie przeczy to wszakże jego istnieniu; jeśli wspinacz powiada nam: "nie jestem pewien, czy zdobyłem rzeczywisty szczyt", to tym samym uznaje jego obiektywne istnienie. Samo pojęcie błędu czy też wątpliwości (w normalnym rozumieniu tego słowa) implikuje istnienie obiektywnej prawdy, której możemy nie móc osiągnąć. Chociaż wspinacz zawsze może mieć wątpliwości, czy udało mu się zdobyć szczyt, to często (np. gdy musi zrezygnować z dalszej wspinaczki) może być pewien, że go (przynajmniej dotąd) nie osiągnął. Podobnie, mamy niekiedy całkowitą pewność, że do prawdy nie dotarliśmy. Aczkolwiek więc koherencja czy też spójność nie są kryteriami prawdy, albowiem systemy koherentne czy spójne okazać się mogą 14 Por wyżej, rozdz. 3, krytyka "drugiego poglądu" (instrumentalizmu). TEORIE OBIEKTYWNE, LOGICZNE LUB ONTOLOGICZNE prawda jako zgodność z faktami obiektywne prawdopodobieństwo właściwe sytuacji i statystycznie sprawdzalne obiektywna przypadkowość (statystycznie sprawdzalna) równe prawdopodobieństwo (symetria fizyczna lub sytuacyjna) 17 Por. R. Carnap, Logical Foundation of Probability, 1950, s. 177. Por. K. R. Popper, Logika..., zwłaszcza § 84. faktycznie fałszywe, to brak koherencji bądź wewnętrzna sprzeczność teorii świadczą niezbicie o fałszu. Toteż przy odrobinie szczęścia, gdy udaje się nam okazać sprzeczność, możemy na tej podstawie stwierdzić fałsz jakichś teorii11. W 1944 r., kiedy Tarski opublikował po angielsku swe wyniki (uzyskane i opublikowane w 1933 r. w Polsce) niewielu było filozofów skłonnych do wypowiadania takich twierdzeń jak Ksenofanes. Warto zauważyć, że tom, w którym opublikowany został artykuł Tarskiego, zawierał obok niego dwa teksty wykładające subiektywną teorię prawdy12. Mimo że od tego czasu sytuacja uległa poprawie, subiektywizm nadal szerzy się w filozofii nauki, zwłaszcza w teorii prawdopodobieństwa. Subiektywistyczna teoria prawdopodobieństwa interpretująca stopnie prawdopodobieństwa jako stopnie racjonalnej wiary wyrasta wprost z subiektywistycz-nego podejścia do prawdy, zwłaszcza z teorii koherencyjnej. Akceptują ją nadal filozofowie, którzy uznali teorię prawdy Tarskiego. Przynajmniej niektórzy z nich zajęli się teorią prawdopodobieństwa, jak przypuszczam w nadziei, iż pozwoli ona osiągnąć to, czego spodziewali się po subiektywistycznej teorii docierania do prawdy poprzez weryfikację - to jest teorii racjonalnie uzasadnionych przekonań opartych na świadectwach obserwacyjnych '7. Dziwna cecha wszystkich tych subiektywistycznych teorii polega na tym, że są one niewywrotne (są zbyt immunizowane na krytykę). Zawsze bowiem bronić można poglądu, że wszystko, co powiadamy o świecie, lub o logarytmach, da się zastąpić przez twierdzenia o przekonaniach. Tak na przykład zdanie "śnieg jest biały" zastąpić można przez: "wierzę, że śnieg jest biały", a nawet przez: "w świetle wszelkich dostępnych mi świadectw wierzę, że rozsądnie jest wierzyć, iż śnieg jest biały". Możliwość zastąpienia twierdzeń o świecie przez jedną z tego rodzaju wypowiedzi jest trywialna, choć w przypadku twierdzeń zawartych w tablicach logarytmicznych, które mogą produkować maszyny - mało przekonywająca. (Można, notabene, zauważyć, że subiektywna interpretacja prawdopodobieństwa logicznego, tak samo jak w przypadku koherencyjnej teorii prawdy, wiąże tego rodzaju subiekty wisty czne podstawienia z podejściem, które przy dokładniejszej analizie ma, jak się okazuje, raczej charakter "syntaktyczny", a nie "semantyczny", chociaż można je zawsze przedstawić w ramach jakiegoś "systemu semantycznego"). Celowe okazać się może podsumowanie stosunków miedzy obiektywnymi a subiektywnymi teoriami wiedzy w takiej oto tabelce: TEORIE SUBIEKTYWNE, PSYCHOLOGICZNE CZY EPISTEMOLOGICZNE prawda jako własność stanu umysłu, wiedzy lub mniemań subiektywne prawdopodobieństwo (stopień racjonalnej wiary na gruncie całej naszej wiedzy) brak wiedzy brak wiedzy We wszystkich tych przypadkach skłonny jestem twierdzić, że te dwa podejścia nie tylko należy odróżniać, ale że podejście subiektywistyczne powinno zostać odrzucone, oparte jest bowiem na błędzie (nawet jeśli jest to błąd kuszący). Oto podobna tabelka w której epistemologiczne podejście (prawa kolumna) nie jest oparte na błędzie: domysł test empiryczny stopień poświadczenia (to jest sprawozdanie z wyników testów) § 3. Prawdziwość a zawartość treściowa; podobieństwo do prawdy a prawdopodobieństwo IX Podobnie jak inni filozofowie, mam czasem ochotę zaliczyć kolegów po fachu do dwóch grup: tych, z którymi się nie zgadzam, i tych, którzy zgadzają się ze mną. Nazywam ich odpowiednio weryfikacjonistami, czy też zwolennikami teorii uzasadniania wiedzy (lub przekonań), i falsyfikacjonistami, czyli zwolennikami krytyki wiedzy (domysłów). Mógłbym wspomnieć o trzeciej jeszcze grupie filozofów, z którymi również się nie zgadzam. Można ich nazwać zawiedzionymi zwolennikami uzasadniania - irracjonalistami lub sceptykami. Członkowie pierwszej grupy, weryfikacjoniści, utrzymują, z grubsza mówiąc, że twierdzenia, które nie dają się pozytywnie uzasadniać, niegodne są uznania, a nawet poważnego rozważania. Natomiast członkowie drugiej grupy powiadają z grubsza, że to, co z zasady jest (obecnie) nieobalalne w drodze krytyki, niegodne jest (obecnie) poważnego traktowania; to natomiast, co w zasadzie jest obalalne, ale surowym próbom obalenia się opiera, może wprawdzie okazać się fałszywe, niemniej godne jest poważnego traktowania, a nawet wiary, choćby prowizorycznej. Weryfikacjoniści, należy to przyznać, są gorącymi zwolennikami tradycji racjonalistycznej - obrony rozumu przed przesądami i arbitralnymi autorytetami. Domagają się, by akceptować te tylko przekonania, na rzecz których przemawiają pozytywne świadectwa, to jest takie, których prawdziwość lub co najmniej wysokie prawdopodobieństwo dadzą się okazać. Innymi słowy, postulują, byśmy uznawali te tylko przekonania, które dają się zweryfikować lub probabilistycznie potwierdzić. Falsyfikacjoniści, do których się zaliczam, podobnie jak większość irracjonalistów są przekonani, że dysponują logicznymi argumentami wskazującymi, iż program tych pierwszych jest nie do zrealizowania, nigdy bowiem nie możemy podać pozytywnych racji uzasadniających przekonanie, iż teoria jest prawdziwa. W odróżnieniu jednak od irracjonalistów, falsyfikacjoniści sądzą, iż, mimo klęski pierwotnego programu induktywistów, dysponują sposobem realizacji starego ideału odróżniania racjonalnej nauki od rozmaitego rodzaju przesądów. Utrzymujemy mianowicie, że ideał ten da się bardzo prosto realizować, jeżeli uzna się, że racjonalność nauki nie polega na odwoływaniu się do świadectw empirycznych wspierających jej dogmaty - to czynią nawet astrologowie - lecz na podejściu krytycznym, które, rzecz jasna oprócz innych argumentów, odwołuje się również do świadectw empirycznych. Nauka naszym zdaniem nie ma nic wspólnego z poszukiwaniem pewności, prawdopodobieństwa czy niezawodności. Nie chodzi w niej o zapewnienie teoriom pewności czy prawdopodobieństwa. Świadomi własnej niedoskonałości, zainteresowani jesteśmy wyłącznie ich krytyką i sprawdzaniem, w nadziei że wykryjemy w ten sposób własne błędy, że nauczą nas one czegoś, a jeśli dopisze nam szczęście - uzyskamy lepsze teorie. Biorąc pod uwagę ich poglądy na rolę pozytywnych i negatywnych argumentów w nauce, filozofów należących do pierwszej grupy nazwać można "pozytywistami", tych drugich natomiast, do których i ja należę - krytykami lub negatywis-tami. Są to oczywiście tylko etykietki. Wskazują jednak na powody, dla których niektórzy ludzie sądzą, że tylko pozytywiści są poważnie zainteresowani poszukiwaniem prawdy, podczas kiedy my, negatywiści, lekceważymy ją sobie, a oddajemy się bezpłodnej i destruktywnej krytyce oraz obronie paradoksalnych poglądów. Ten wypaczony obraz naszego stanowiska zdaje się płynąć głównie z akceptacji programu weryfikacjonistów i z błędnego subiektywistycznego podejścia do prawdy, o którym mowa była wyżej. Faktem jest bowiem, iż również naszym zdaniem nauka polega na poszukiwaniu prawdy i że, przynajmniej po Tarskim, nie boimy się już tego powiedzieć. Tylko ze względu na ten cel możemy powiedzieć, że chociaż jesteśmy omylni, mamy nadzieję uczyć się na błędach. Tylko bowiem pojęcie prawdy pozwala sensownie mówić o błędach i o racjonalnej krytyce; tylko ono umożliwia racjonalną, to jest krytyczną dyskusję mającą na celu eliminację jak największej liczby błędów, aby przybliżyć się do prawdy. Tak więc samo pojęcie błędu i omylności zakłada koncepcję prawdy obiektywnej jako wzorca, który okazać się może nieosiągalny. (W tym właśnie sensie koncepcja prawdy jest zasadą regulatywną.) Uznajemy więc, że zadaniem nauki jest poszukiwanie prawdy, czyli teorii prawdziwych (choć, jak powiadał Ksenofanes, nie jest bynajmniej pewne, że kiedykolwiek je uzyskamy, a nawet że uzyskawszy będziemy wiedzieli, że są prawdziwe). Powiadamy jednak również, że prawda nie jest jedynym celem nauki. Chcemy czegoś więcej niż prawda, a mianowicie prawdy interesującej, a tę trudniej osiągnąć. W naukach przyrodniczych (w odróżnieniu od matematyki) szukamy prawd (3) dużej mocy eksplanacyjnej, z czego wynika, że są to prawdy logicznie mało prawdopodobne. Jest bowiem przede wszystkim jasne, że chcemy nie byle jakiej prawdy, lecz więcej prawdy i nowej. Nie zadowala nas, że 2 + 2 = 4. Gdy mamy do czynienia z trudnym problemem topologicznym lub fizycznym, nie ograniczamy się do powtarzania tabliczki mnożenia. Prawda to nie wszystko; szukamy odpowiedzi na nasze problemy. Kwestię tę dobrze ujął niemiecki humorysta i poeta Busch w krótkiej dziecięcej rymowance; mam na myśli rymowankę dla epistemologicznych przedszkolaków 13: Twice two eąuals four: 'tis true, but too empty, and too trite. What I look for is a clue To some matters not so light"91. Prawda staje się istotna dla nauki tylko w przypadku, gdy stanowi rozwiązanie trudnego, płodnego problemu. Tak jest (4) w matematyce, i w naukach przyrodniczych. W tych ostatnich dysponujemy czymś w rodzaju miary głębi lub doniosłości problemu; jest nią wzrost logicznego nieprawdopodobieństwa lub mocy eksplanacyjnej nowej odpowiedzi w porównaniu z najlepszą teorią uznawaną dotąd w danej dziedzinie. Ta logiczna miara jest w zasadzie tym samym, co przedstawiłem wyżej jako logiczne kryterium potencjalnej akceptowalności czy też postępu. Mój opis tej sytuacji skłonić może kogoś do twierdzenia, że dla negatywistów prawda nie jest aż tak ważna nawet jako zasada regulatywna. Preferują oni przecież próby rozwiązywania interesujących problemów za pomocą śmiałych domysłów, nawet jeśli miałyby się one wkrótce okazać fałszywe, a nie ciągi prawdziwych, ale mało ciekawych twierdzeń. Toteż nie wydaje się, by czynili jakiś większy użytek z pojęcia prawdy. Ich koncepcja postępu oraz prób rozwiązywania problemów nie jest z nim, jak się zdaje, ściśle związana. Jest to zgoła błędne przedstawienie naszego stanowiska. Jakąkolwiek przylepiano by nam etykietkę, jesteśmy zainteresowani prawdą tak samo jak, powiedzmy, sędziowie. Kiedy sędzia uprzedza świadka, iż ma mówić "prawdę, całą prawdę i tylko prawdę", oczekuje od niego, iż, na ile to w jego mocy, zezna prawdę dotyczącą sprawy. Świadek, który, chcąc kluczyć, składa zeznania nie dotyczące sprawy, na świadka się nie nadaje, nawet jeśli zeznaje prawdziwie. Nie ulega wątpliwości, że gdy sędzia czy ktokolwiek inny domaga się "całej prawdy", to uzyskać chce maksimum informacji prawdziwych i znaczących dla sprawy, a zdarza się, że nawet spolegliwemu świadkowi nie udaje się podać ważnych informacji, gdyż nie wie, co ma dla sprawy znaczenie. Tak więc kiedy wraz z Buschem mówię, że interesuje nas nie byle jaka prawda, ale prawda interesująca i istotna dla sprawy, to powiadam coś powszechnie przyjętego. A jeśli interesują nas śmiałe domysły, nawet gdyby okazać się miały fałszywe, to wynika to z metodologicznego założenia, że tylko za ich pośrednictwem mamy szanse dotrzeć do prawdy interesującej i istotnej. Dotykam tu kwestii, której analiza jest zadaniem logika. Stopień istotności informacji w sensie, o którym tu mowa, można obiektywnie oceniać; zależy on od badanego problemu i od mocy eksplanacyjnej, a więc od zawartości treściowej, czyli nieprawdopodobieństwa informacji. Miary, o których wspominałem poprzednio (opracowane w Dodatkach do niniejszego tomu) uwzględniają właśnie względną zawartość treściową informacji, to jest jej treściwość ze względu na rozpatrywaną hipotezę czy badany problem. Dlatego gotów jestem przyznać, iż falsyfikacjoniści, do których należę, od dowolnego ciągu pozbawionych nowych treści truizmów wolą próby rozwiązywania problemów za pośrednictwem śmiałych domysłów, nawet (i zwłaszcza) gdy wkrótce okazuje się, że fałszywych. W ten bowiem sposób możemy uczyć się na błędach. Stwierdzając zaś, że nasz domysł był fałszywy, możemy dowiedzieć się czegoś o prawdzie, zbliżyć się do niej. Dlatego twierdzę, że obie koncepcje - zarówno prawdy jako korespondencji z faktami oraz zawartości treściowej (mierzalnej w ten sam sposób co sprawdzalność) - odgrywają równie istotną rolę w moich rozważaniach i obie rzucają światło na koncepcję postępu w nauce. X Wielu ludzi badających postęp wiedzy naukowej mówiło, że nawet jeśli nie wiemy jak blisko czy daleko nam do prawdy, to często udaje się nam do niej zbliżyć. Ilekroć mnie również zdarzały się tego rodzaju wypowiedzi, tylekroć jednak miałem poczucie nieczystego sumienia. Nie dlatego, bym był nadmiernie wymagający, gdy chodzi o ścisłość wypowiedzi. Póki mówimy na tyle jasno, na ile potrafimy, i nie pretendujemy do większej ścisłości wypowiedzi niż ta, jaką się one odznaczają, oraz nie próbujemy wyprowadzać pozornie do 1 empirycznej daje zawsze takie same wyniki; intuicyjnie zaś uzasadnia ją spostrzeżenie, że zdanie a tym więcej mówi o świecie doświadczenia, im więcej wyników doświadczenia wyklucza (czy też zakazuje). Na temat zdań bazowych por. Dodatki do niniejszego tomu. kładnych wniosków z wątpliwych lub niejednoznacznych przesłanek, tak długo nie ma niczego nagannego w takiej nieścisłości i w dawaniu wyrazu intuicyjnym mniemaniom. Jednakże, ilekroć zdarzało mi się ustnie czy na piśmie wypowiadać się na temat zbliżania się nauki do prawdy, miałem wrażenie, iż słowo "Prawda" powinienem pisać dużą literą i dawać tym samym do zrozumienia, iż używam pojęcia metafizycznego. Dopiero po pracach Tarskiego słowo to możemy pisać z czystym sumieniem normalnie, małą literą14. Dopiero niedawno zacząłem zastanawiać się, czy uwikłane w tę koncepcję pojęcie prawdy jest rzeczywiście tak niebezpiecznie mętne i metafizyczne. Niemal natychmiast uznałem, że tak nie jest i że nietrudno zastosować do niej fundamentalną teorię Tarskiego. Nie ma bowiem żadnego powodu, dla którego nie wolno by nam było mówić, że jedna teoria lepiej koresponduje z faktami niż inna. Ten prosty pierwszy krok wyjaśnia wszystko. Nie ma żadnej bariery między tym, czym na pierwszy rzut oka była "Prawda" pisana dużą literą, a prawdą w rozumieniu Tarskiego. Ale czy rzeczywiście możemy mówić o lepszej korespondencji? Czy istnieje coś takiego jak stopień prawdziwości? Czy nie jest czymś niebezpiecznie mylącym wyrażać się tak, jakby prawda (w sensie Tarskiego) zlokalizowana była w jakiejś przestrzeni metrycznej, czy przynajmniej topologicznej, tak iż o dwóch teoriach, wcześniejszej f, i późniejszej t2, dałoby się powiedzieć, ze późniejsza zastępuje wcześniejszą, przekracza ją, bliższa jest prawdy? Nie sądzę, by były to wypowiedzi mylące. Przeciwnie, moim zdaniem tego rodzaju koncepcja lepszego lub gorszego przybliżenia do prawdy jest nam niezbędna. Bez wątpienia bowiem możemy, a często chcemy powiedzieć o teorii t2, że lepiej odpowiada faktom, czy też że sądząc z naszej wiedzy lepiej im odpowiada niż r,. Podam niżej nieco nieusys-tematyzowaną listę sześciu rodzajów przypadków, w których skłonni bylibyśmy powiedzieć, że t2 powinno zastąpić f,, jako że, sądząc z naszej wiedzy, lepiej odpowiada faktom: (5) t2 daje dokładniejsze przewidywania od r,, a przewidywania te z powodzeniem przechodzą dokładniejsze testy; (6) t2 uwzględnia i tłumaczy więcej faktów niż t, (przypadek ten obejmuje poprzedni, jeśli wszystkie pozostałe czynniki są takie same); (7) t2 opisuje lub wyjaśnia fakty bardziej szczegółowo niż f,; (8) t2 przeszła pomyślnie testy, których nie przeszła f,; (9) f2 zasugerowała testy, których nie sugerowała f, i które być może nie dawałyby się do niej zastosować, i testy te pomyślnie przeszła; (10) t2 ustaliła związek między dotąd niepowiązanymi problemami. Gdy zastanawiamy się nad tą listą, widzimy, że istotną rolę odgrywa w niej zawartość treściowa teorii t2 i t\. We wszystkich bowiem sześciu przypadkach empiryczna treść teorii t2 jest większa niż teorii (Jak należy pamiętać, logiczna zawartość treściowa zdania lub teorii a to klasa wszystkich jej logicznych konsekwencji, natomiast empiryczną treść a zdefiniowałem jako klasę wszystkich zdań bazowych, które jej zaprzeczają2'.) 1231 Angielskie wyrażenia użyte przez Autora: truth-content i falsity-content - przyp. tłum. Wskazuje to, iż koncepcje prawdy i zawartości treściowej łączymy tu w jedną koncepcję bądź stopnia lepszej (lub gorszej) korespondencji z faktami, bądź lepszego (lub gorszego) przybliżenia do prawdy, bądź też - by użyć wspomnianego już wyżej pojęcia przeciwstawnego prawdopodobieństwu - stopnia podobieństwa do prawdy. Należy zauważyć, że pogląd, wedle którego każde zdanie czy teoria jest nie tylko albo prawdziwa, albo fałszywa, ale niezależnie od swej wartości logicznej odznacza się pewnym stopniem podobieństwa do prawdy, nie prowadzi do żadnej logiki wielowartościowej (to jest do systemu logiki o większej liczbie wartości logicznych niż dwie - prawda i fałsz), mimo iż realizuje pewne cele drogie zwolennikom logik wielowar-tościowych15.

XI

Z chwilą gdy dostrzegłem ten problem, szybko doszedłem do przedstawionego stanowiska. Co jednak dziwne, minęło sporo czasu, nim zdołałem na tej podstawie podać prostą definicję podobieństwa do prawdy w kategoriach prawdy i zawartości treściowej. (Możemy korzystać z treści bądź empirycznej, bądź logicznej, i na tej podstawie uzyskać dwie ściśle związane koncepcje podobieństwa do prawdy; zbiegają się one wszakże w jedną, jeśli interesują nas wyłącznie teorie empiryczne, czyli empiryczny aspekt teorii.) Rozważmy jednak zawartość treściową zdania a, to jest klasę wszystkich jego logicznych konsekwencji. Jeśli a jest prawdziwe, to klasa ta składa się wyłącznie ze zdań prawdziwych (prawdziwość przesłanki gwarantuje prawdziwość wniosków). Jeśli jednak a jest fałszywe, to do jego treści Por. Dodatki do niniejszego tomu, 3. należą zarówno zdania prawdziwe, jak fałszywe. (Przykład: "Zawsze leje w niedziele" jest fałszywe, ale płynący zeń wniosek, że "padało w ubiegłą niedzielę" może być prawdziwy.) Tak więc niezależnie, czy zdanie jest prawdziwe, czy fałszywe, w tym, co ono stwierdza, może być więcej lub mniej prawdy w zależności od tego, czy jego treść zawiera więcej, czy mniej zdań prawdziwych. Nazwijmy klasę prawdziwych logicznych konsekwencji zdania a "zawartością prawdy" (tłumaczenie intuicyjnie używanego niemieckiego wyrażenia Wahrheitsgehalt, przypominającego powiedzenie "jest coś z prawdy w tym, co mówisz"), natomiast klasę konsekwencji fałszywych zdania a (lecz tylko ich) określmy jako "zawartość fałszu" a|231. (Mówiąc ściśle "zawartość fałszu" nie jest zawartością, ponieważ nie obejmuje żadnych należących doń prawdziwych konsekwencji zdania fałszywego. Jednakże za pomocą pojęć treści logicznej i empirycznej można zdefiniować miarę "zawartości fałszu"16.) Terminy te są równie obiektywne co "prawda", "fałsz" i "treść". Otóż: Zakładając, iż "zawartość prawdy" i "zawartość fałszu" dwóch teorii t, i t2 są porównywalne, możemy powiedzieć, iż t2 jest bardziej podobna do prawdy, czy też lepiej odpowiada faktom niż th wówczas i tylko wówczas gdy albo: (11) t2 przewyższa f, pod względem swej zawartości prawdy, ale nie zawartości fałszu; albo (12) t] przewyższa t2 pod względem swej zawartości fałszu, ale nie zawartości prawdy. Jeśli teraz postępować będziemy zgodnie z założeniem (być może fikcyjnym), iż treść i zawartość prawdy teorii są mierzalne, to możemy wyjść poza tę definicję i określić Vs(a), to jest miarę podobieństwa do prawdy a. Oto najprostsza definicja: Vs(a) = CtT{a)-CtF{a) gdzie CtT(a), CtF(a) to odpowiednio miary zawartości prawdy i zawartości fałszu a17. Vs(a) spełnia niewątpliwie nasze dwa wymogi, zgodnie z którymi powinna rosnąć (13) jeśli CtT(a) rośnie, natomiast CtF(a) nie wzrasta, i (14) jeśli CtF(a) maleje, a CtT(a) nie maleje18. Przejdę obecnie do trzech kwestii natury nietechnicznej. XII Oto pierwsza z nich: koncepcja przybliżenia do prawdy, czy też podobieństwa do prawdy, ma równie obiektywny i regulatywny charakter co koncepcje prawdy obiektywnej czy absolutnej. Nie jest to pojęcie bardziej epistemologiczne czy epistemiczne niż pojęcia prawdy i treści. (W terminologii Tarskiego są to pojęcia "semantyczne", podobnie jak prawda czy konsekwencja logiczna, a zatem i treść.) Musimy zatem znów odróżnić od siebie pytania "Dlaczego skłonny jesteś, skoro jesteś, twierdzić, że teoria t2 odznacza się wyższym stopniem podobieństwa do prawdy niż r,?" i "Skąd wiesz, że teoria t2 odznacza się wyższym stopniem podobieństwa do prawdy niż txT. Dotąd podałem odpowiedź tylko na pierwsze z tych pytań. Odpowiedź na drugie zależy od niej i jest analogiczna do (absolutnej raczej niż porównawczej) kwestii dotyczącej prawdy: "Nie wiem, lecz domyślam się. Jeśli wszakże moje przypuszczenie ostoi się surowym krytycznym testom, to fakt ten uchodzić może za mocną rację na jego rzecz". Oto z kolei kwestia druga. Podobieństwo do prawdy jest tak zdefiniowane, iż jego wartość maksymalną osiągnąć mogłaby tylko teoria, która jest nie tylko prawdziwa, lecz wszech-obejmująca, to znaczy gdyby odpowiadała jakby wszystkim, ale, oczywiście, wyłącznie rzeczywistym faktom. Jest to, rzecz jasna, ideał o wiele bardziej odległy i trudniej osiągalny niż zgodność z jakimiś faktami (jak w przypadku zdania "Śnieg jest biały"). Wszystko to jednak dotyczy tylko maksymalnego stopnia podobieństwa do prawdy, a nie porównywania teorii ze względu na ich podobieństwo do prawdy. Ten porównawczy sposób stosowania koncepcji stanowi jej sedno. Koncepcja wyższego i niższego stopnia podobieństwa do prawdy wydaje się bliższa i bardziej stosowalna, a tym bardziej ważniejsza dla analizy metody naukowej niż bardziej sama przez się fundamentalna koncepcja prawdy absolutnej. To z kolei prowadzi do trzeciej kwestii. Przede wszystkim muszę powiedzieć, że nie twierdzę, aby jawne wprowadzenie koncepcji podobieństwa do prawdy wiodło do jakichś zmian w teorii metody naukowej. Przeciwnie, sądzę, iż moja teoria sprawdzalności, czyli poświadczania przez empiryczne testy, jest właściwym odpowiednikiem tej metalogicznej koncepcji, która tylko lepiej ją tłumaczy. Tak na przykład powiadałem często, iż preferujemy teorię t2, która ostała się surowym testom, nie zaś t,, która im nie sprostała, ponieważ teoria fałszywa jest z pewnością gorsza od takiej, która, sądząc z tego wszystkiego, co wiemy, może ewentualnie być prawdziwa. Teraz mogę do tego dodać, że nawet gdyby doszło z kolei do obalenia f2, to chociaż obie okazały się fałszywe, nadal można twierdzić iż t2 jest lepsza od t,, albowiem ostała się testom, którym nie ostała się r,, co znaczy, że zawartość fałszu (ale nie zawartość prawdy) t, jest większa niż t2. Toteż możemy preferować r2 mimo jej falsyfikacji, pozostaje ona bowiem w lepszej zgodności z faktami od t,. Z tego rodzaju sytuacją mamy do czynienia, ilekroć na podstawie doświadczeń krzyżowych między t2 i t] akceptujemy t2; dotyczy to zwłaszcza przypadków kiedy opierając się na t2 próbuje się wymyślać eksperymenty, w których obie teorie dają rozmaite wyniki. Tak na przykład teoria Newtona pozwalała przewidzieć odchylenia od praw Keplera. Jej sukces polegał na tym, iż nie zawodziła w przypadkach, które obalały prawa Keplera. Teoria Newtona przynajmniej nie obejmowała znanej zawartości fałszu praw Keplera, natomiast jej zawartość prawdy nie malała, ponieważ teoria Keplera wynikała z niej jako jej "pierwsze przybliżenie". Podobnie można wykazać, że teoria t2, ściślejsza od f, (jeśli zawartość fałszu t2 nie jest większa niż t,), odznacza się wyższym stopniem podobieństwa do prawdy od tt. To samo dotyczy teorii f2, której twierdzenia ilościowe, choć fałszywe, bliższe są wartości prawdziwych niż odpowiednie twierdzenia t,. Wreszcie, koncepcja podobieństwa do prawdy ma szczególne znaczenie w sytuacjach, kiedy wiemy, że posługiwać się musimy teoriami będącymi najlepszymi przybliżeniami, to znaczy takimi, o których wiemy, że nie mogą być prawdziwe. (Są to sytuacje częste w naukach społecznych). Możemy wtedy mówić o lepszych lub gorszych przybliżeniach do prawdy (i nie musimy interpretować takich przypadków w duchu instrumentalizmu). XIII Nie da się oczywiście wykluczyć, że oceniając porównawczo dwie teorie popełnimy błąd - a w wielu przypadkach ocena może być problematyczna. Choć znaczenie tej kwestii trudno przecenić, to ważne jest również, iż w zasadzie, jeśli wiedza towarzysząca nie uległa jakimś gruntownym zmianom, względna ocena dwóch teorii pozostaje niezmienna. Co więcej, nasze preferencje nie muszą ulec zmianie nawet wówczas, gdy lepsza z dwóch teorii zostanie ewentualnie obalona. Dynamika Newtona, na przykład, nawet jeśli uważamy, że została obalona, ze względu na swą zawartość treściową i większą moc eksplanacyj-ną zachowuje wyższość nad teoriami Keplera i Galileusza. Zachowuje ją, ponieważ nadal wyjaśnia - i to z większą precyzją - więcej faktów niż tamte, a ponadto łączy odrębne uprzednio problemy mechaniki ziemskiej i niebieskiej. Powody stabilności takich względnych ocen są dość proste: logiczny stosunek zachodzący między teoriami ma taki charakter, że, po pierwsze, możliwe są eksperymenty krzyżowe między nimi, i że te, które przeprowadzono, przemawiały przeciwko teoriom poprzednim; po drugie zaś późniejsze obalenia teorii Newtona nie przemawiały na rzecz jej poprzedniczek: bądź ich w ogóle nie dotyczyły (jak w przypadku peryhelium Merkurego), bądź przemawiały również przeciwko nim. Mam nadzieję, że przedstawione wyżej wyjaśnienie koncepcji lepszej zgodności teorii z faktami, czyli stopnia podobieństwa do prawdy, jest wystarczające jak na potrzeby tej rozprawy. XIV Na miejscu okazać się tu może krótka uwaga dotycząca historii utożsamiania prawdopodobieństwa i podobieństwa do prawdy. Jak widzieliśmy, postęp w nauce wiedzie do teorii bardziej interesujących, mniej trywialnych, a więc mniej prawdopodobnych (gdzie "prawdopodobny" znaczy: spełniający postulaty rachunku prawdopodobieństwa), co z reguły oznacza teorie mniej potoczne czy wiarygodne. Natomiast koncepcja większego podobieństwa do prawdy, lepszego do niej przybliżenia, mylona jest zazwyczaj intuicyjnie z całkiem inną koncepcją prawdopodobieństwa w jej rozmaitych sensach (kiedy "prawdopodobnie" znaczy: "zapewne" "częściej niż nie" "niewykluczone, że prawdziwe", "brzmi wiarygodnie", "wygląda przekonywająco" itp.). Pomieszanie to jest bardzo stare; aby przypomnieć jego pochodzenie czy źródła, wystarczy przypomnieć inne słowa oznaczające "prawdopodobnie", jak "zapewne", czyli "prawie pewne", lub "niewykluczone" (eoikotos, eikotos, eikos po grecku, verisimilis - po łacinie, wahrscheinlich po niemiecku). Co najmniej dwóch najwcześniejszych filozofów preso-kratycznych używało słowa eoikota w sensie podobieństwa do prawdy. Tak na przykład Ksenofanes pisał: "Rzeczy te, załóżmy, podobne są do prawdy"21. Nie ulega wątpliwości, że chodzi o podobieństwo do prawdy, a nie o prawdopodobieństwo czy też stopień niepewności. (W przeciwnym razie wyrażenia "załóżmy", "przypuśćmy" czy "wyobraźmy sobie" byłyby redundantne, a Ksenofanes napisałby raczej: "rzeczy te, powiedzmy, są prawdopodobne".) Parmenides, używając tego samego terminu {eoikota) pisał28: 27 DK, B, 35. [DK = H. Diels, W. Kranz, Fragmente der Vorsokratiker, Berlin 1952. Wszystkie fragmenty z DK podaję (chyba że zaznaczono inaczej) na podstawie angielskiego przekładu Poppera. - Przyp. tłum.] 28 DK, B, 8, 60. "Teraz o tym porządku świata, co wygląda całkiem jak prawda, powiem wam (...)"19. Jednakże w tym samym pokoleniu lub w następnym Epicharm, krytykując Ksenofanesa, użył, jak się zdaje, słowa eikotos w sensie "wiarygodny" lub podobnie20; nie sposób wykluczyć jednak wątpliwości, że miało ono znaczyć "podobne do prawdy" i że to Arystoteles21 nadał mu sens: "wiarygodne", "zapewne". Atoli jakieś trzy pokolenia później sofista Antyfon użył słowa eikotos ewidentnie w sensie "zapewne" lub "prawdopodobnie", a może "najczęściej", powiadając: "Gdy rzecz zaczyna się dobrze, zapewne też i skończy się dobrze"22. Wszystko to zdaje się wskazywać, że pomieszanie pojęć "podobieństwo do prawdy" i "prawdopodobieństwo" ciągnie się od początków filozofii zachodniej; i trudno się temu dziwić, skoro Ksenofanes kładł nacisk na niepewność wiedzy powiadając, że jest ona niepewnym domysłem i w najlepszym razie "jest podobna do prawdy". Już to zdanie podatne było na fałszywą interpretację w tym mianowicie sensie, że jest ona "niepewna i w najlepszym razie odznacza się znacznym stopniem pewności", czyli że jest "prawdopodobna". Sam Ksenofanes wyraźnie, jak się zdaje, odróżniał stopnie pewności od stopni podobieństwa do prawdy. Świadczy o tym inny fragment (cytowany pod koniec rozdz. 5) mówiący: "A gdyby nawet przypadkiem najtrafniej sądził [to jest, dodajmy od siebie, doskonale zbliżył się do prawdy], to nigdy sam tego świadom nie będzie". Co znaczy, że znaczna niepewność jest do pogodzenia z podobieństwem do prawdy. Proponuję zatem, abyśmy powrócili do Ksenofanesa i wprowadzili na nowo wyraźne odróżnienie podobieństwa do prawdy i prawdopodobieństwa i używali tego ostatniego w sensie określonym przez rachunek prawdopodobieństwa. Odróżnienie tych dwóch pojęć jest dlatego tak ważne, że są mylnie utożsamiane, a obydwa związane są z pojęciem prawdy i wprowadzają koncepcję stopniowego zbliżania się do prawdy. Prawdopodobieństwo logiczne (nie omawiamy tu prawdopodobieństwa fizycznego) dotyczy zbliżania się do logicznej pewności, czyli prawdy tautologicznej, poprzez stopniowe ograniczanie zawartości informacyjnej. Koncepcja podobieństwa do prawdy natomiast dotyczy zbliżania się do prawdy empirycznej: łączy ona prawdę i treściwość, podczas gdy prawdopodobieństwo łączy prawdę z brakiem treści23. Przekonanie, iż absurdem jest zaprzeczanie, by nauka dążyła do prawdopodobieństwa, płynie, jak sądzę, z nietrafnej "intuicji" - z pomieszania pojęć prawdopodobieństwa i podobieństwa do prawdy, które, jak się okazuje, zasadniczo różnią się od siebie. § 4. Rozwój nauki a wiedza towarzysząca XV Ludzie uczestniczący w owocnej dyskusji jakiegoś problemu podzielają, choćby i nieświadomie, dwa przekonania, a mianowicie, że celem obu stron jest osiągnięcie lub przynajmniej zbliżenie się do prawdy oraz że jakaś część wiedzy towarzyszącej godna jest uznania. Nie znaczy to ani, iż są to warunki niezbędne wszelkiej dyskusji, ani że są to warunki aprioryczne, same nie podlegające krytyce. Znaczy natomiast, że krytyka ma zawsze jakiś punkt wyjścia, choć każdy taki punkt wyjścia sam w toku krytycznej analizy może zostać zakwestionowany. Chociaż zakwestionowane zostać może każde z naszych założeń, nie da się zakwestionować wszystkich jednocześnie. Wbrew holistycznym poglądom Duhema i Quine'a, krytyka musi mieć zawsze charakter cząstkowy; innymi słowy znaczy to, iż fundamentalną zasadą każdej krytycznej analizy jest wyodrębnienie problemu, oraz jego, jeśli to możliwe, rozczłonkowanie; nie powinniśmy próbować rozwiązywania wielu problemów na raz, choć zawsze możemy, rzecz jasna, przejść do problemu pochodnego lub zastąpić problem wyjściowy problemem lepiej sformułowanym. Analizując jakieś zagadnienie z reguły traktujemy, przynajmniej tymczasowo, mnóstwo przekonań jako nieproblematycz-ne. Składają się one na to, co nazywam wiedzą towarzyszącą analizie interesującego nas problemu. Jakieś fragmenty owej wiedzy towarzyszącej mogą się nam wydawać w ogóle nieproblematyczne, ale każdy z nich może w dowolnej chwili zostać zakwestionowany, zwłaszcza gdy podejrzewamy, że jego bezkrytyczne uznanie jest źródłem jakichś kłopotów. Jednakże niemal całość wiedzy towarzyszącej, z której korzystamy w każdej krytycznej dyskusji, musi ze względów praktycznych pozostawać niekwestionowana. Nierozważna próba zakwestionowania jej, rozpoczęcia analizy od zera musi prowadzić do załamania się dyskusji. (Gdybyśmy zaczynali w punkcie, w którym zaczął Adam, nie zaszlibyśmy dalej niż on.) xvi Fakt, że w każdej chwili znaczny zakres wiedzy odziedziczonej uznajemy z reguły za pewny (cała niemal wiedza, jaką posiadamy, jest odziedziczona), nie przysparza szczególnych kłopotów falsyfikacjoniście. Wiedzy tej bowiem nie uznaje on ani za nienaruszalną, ani za całkiem pewną, ani nawet za prawdopodobną. Wie, że nawet prowizoryczna jej akceptacja obarczona jest ryzykiem i podkreśla, że każdy jej element podlega krytyce, przynajmniej cząstkowo. Nigdy nie wiemy, czy kwestionujemy właściwy jej fragment. Ponieważ jednak nie dążymy do pewności, nie ma to większego znaczenia. Uwaga ta zawiera moją odpowiedź na poglądy Quine'a na temat całościowego charakteru testów doświadczalnych. Pogląd ten Quine formułuje (powołując się na Duhema) mówiąc, iż zdania o świecie zewnętrznym stają przed trybunałem doświadczenia zmysłowego nie pojedynczo, lecz jako całość24. Otóż uznać należy, iż często sprawdzić można tylko znaczny fragment systemu teoretycznego, a niekiedy nawet cały tylko system, i że w tego rodzaju przypadkach pozostaje tylko zgadywać, który ze składników sprawdzanej całości odpowiada za falsyfikację. O kwestii tej pisałem (również w związku z Duhemem) wiele lat temu25. Chociaż argument ten może z weryfikacjonisty uczynić sceptyka, to nie zagraża on tym, którzy tak czy owak uważają, że teorie są tylko domysłami. Z tego widać, że holistyczny pogląd na sprawdzanie, nawet gdyby był prawdziwy, nie stwarzałby poważnych kłopotów negatywiście czy falsyfikacjoniście. Pogląd ten jednak posuwa się zbyt daleko. W niektórych, a nawet licznych przypadkach udaje się stwierdzić, która to hipoteza odpowiedzialna jest za negatywny wynik testu. Innymi słowy - który fragment sprawdzanego systemu był niezbędny, aby wyprowadzić twierdzenie zakwestionowane przez doświadczenie. O tym, że tego rodzaju logiczna zależność daje się stwierdzić, świadczy praktyka przeprowadzania dowodów niezależności aksjomatów systemu, dowodów wskazujących, że pewne aksjomaty systemu nie dają się wyprowadzić z pozostałych. Najprostszy z takich dowodów polega na zbudowaniu czy raczej odkryciu modelu - zbioru przedmiotów, relacji, operacji i funkcji - które spełniają wszystkie aksjomaty z wyjątkiem tego jednego, którego niezależność ma zostać okazana. Dla tego aksjomatu, a tym samym dla całej teorii, model stanowi kontrprzykład. Załóżmy, iż mamy zaksjomatyzowany system teoretyczny, dajmy na to fizyczny, pozwalający wykluczyć zachodzenie jakichś zdarzeń, i że odkrywamy kontrprzykład. Nie widać żadnego powodu, dla którego zdarzenie to nie mogłoby pozostawać w zgodzie ze wszystkimi aksjomatami z wyjątkiem jednego, którego niezależność dałoby się ustalić. Świadczy to, że holistyczny dogmat "globalnego" charakteru wszystkich zabiegów sprawdzających jest nie do utrzymania. Tłumaczy to również, dlaczego nawet w przypadku teorii niezaksjornatyzo-wanej możemy mieć podejrzenie, gdzie w systemie tkwi błąd. Przemawia to, notabene, na rzecz operowania w fizyce systemami teoretycznymi głęboko zanalizowanymi, to jest takimi, które choć scalają wiele hipotez, to jednak pozwalają na wyodrębnianie jakichś ich zespołów, z których każdy stać się może obiektem zabiegów falsyfikacyjnych. (Doskonałym niedawnym przykładem takiego postępowania jest odrzucenie w atomistyce zasady parzystości czy też prawa komutacji zmiennych zespolonych jeszcze przed opracowaniem ich interpretacji macierzowej i statystycznej interpretacji tych matryc.) XVII Charakterystyczną cechą sytuacji uczonego jest nieustanny przyrost wiedzy towarzyszącej. Jeśli odrzucimy jakieś jej składniki, inne, związane z nimi, ostaną się. Tak na przykład, mimo że możemy uznać teorię Newtona - to jest jego system pojęć i oparty na niej system formalno-dedukcyjny - za obaloną, to do wiedzy towarzyszącej zaliczyć możemy w przybliżeniu prawdziwe wzory ilościowe. Istnienie owej wiedzy towarzyszącej stanowi, jak sądzę, istotny czynnik wspierający moją tezę, że racjonalny i empiryczny charakter nauki zostałby zagrożony, gdyby przestała się ona rozwijać. Uzasadnienie tej tezy przedstawić tu mogę tylko w najogólniejszej postaci. Poważne zabiegi sprawdzające polegają zawsze na próbach obalenia, to jest na poszukiwaniu kontrprzykładu. Korzystać przy tym musimy zawsze z wiedzy towarzyszącej, albowiem w pierwszej kolejności próbujemy obalać prognozy najbardziej ryzykowne, "konsekwencje najbardziej nieprawdopodobne", jak stwierdził to już Peirce3ń. Znaczy to, że szukamy zawsze w najbardziej prawdopodobnych miejscach najbardziej prawdopodobnych rodzajów kontrprzykładów; najbardziej prawdopodobnych w tym sensie, że w świetle wiedzy towarzyszącej spodziewamy się je znaleźć. Otóż jeśli teoria opiera się wielu takim usiłowaniom, to, wskutek włączenia wyników testów do wiedzy towarzyszącej, po pewnym czasie (w świetle tej wiedzy) może już nie być miejsca, gdzie należałoby ze znacznym prawdopodobieństwem oczekiwać sukcesu. Znaczyłoby to, że nasze testy stają się coraz mniej surowe. Z tego samego powodu test wielokrotnie powtarzany przestaje uchodzić za znaczący czy też surowy; przy powtarzaniu takich testów (w odróżnieniu od tych, które w świetle naszej wiedzy towarzyszącej uchodzą za nowe, a tym samym - znaczące) mamy do czynienia z czymś w rodzaju prawa malejącego zysku. Fakty te są nierozerwalnie związane z sytuacją poznawczą; omawiali je różni autorzy, zwłaszcza John Maynard Keynes i Ernst Nagel, wskazując, że induktywistyczna teoria wiedzy staje wobec nich bezradna. Nam wszakże nie sprawiają one kłopotu. Za pośrednictwem podobnej analizy sytuacji poznawczej potrafimy nawet wyjaśnić, dlaczego empiryczny charakter teorii odnoszącej znaczne sukcesy ulega z czasem zużyciu. Możemy wówczas mieć wrażenie (jakie miał Poincare wobec teorii Newtona), że teoria składa się wyłącznie z konwencji i ukrytych definicji. Dopiero dalszy postęp, doprowadzając do jej obalenia, przywraca jej charakter empiryczny. (De mortuis nil nisi bene; z chwilą gdy teoria zostaje obalona, jej empiryczny charakter jest zagwarantowany, błyszczy jak diament bez skazy.) § 5. Trzy warunki rozwoju wiedzy XVIII Powróćmy wszakże do koncepcji zbliżania się do prawdy, to jest poszukiwania teorii coraz bardziej zgodnych z faktami (jak wskazuje lista sześciu porównań w p. X). 37 Por. Logika..., §§ 31-46. Ostatnio kładllem (w wykładach) nacisk na to, że należy relatywizować porównanie teorii ze względu na ich prostotę do tych hipotez, które współzawodniczą jako ewentualne rozwiązania danego problemu czy problemów. Pojęcia prostoty, choć intuicyjnie związanego z koncepcją zunifikowanego, spójnego systemu teoretycznego opartego na jednym intuicyjnym przedstawieniu sobie faktów, nie da się analizować w kategoriach liczby hipotez wyjściowych, albowiem każdą teorię da się sformułować w jednym [złożonym] zdaniu. Wydaje się, że dla każdej teorii istnieje zbiór n niezależnych od siebie aksjomatów (choć nie aksjomatów "organicznych" w rozumieniu szkoły warszawskiej). 38 Koncepcję testów niezależnych przedstawiłem w artykule The Aim of Science, "Ratio" 1957, 1. [Artykuł ten został włączony później do zbioru Objective Knowledge, Oxford 1972; przekład polski: Wiedza obiektywna, przeł. Adam Chmielewski, PWN, Warszawa 1992, BWF. - Przyp. tłum.] Na czym ogólnie rzecz biorąc polega sytuacja problemowa, z jaką ma do czynienia badacz? Ma przed sobą problem do rozwiązania; szuka zatem teorii tłumaczącej fakty doświadczalne, te, które wyjaśniała teoria dotychczasowa, te, których nie wyjaśniała, i wreszcie te, które ją faktycznie obalały. Nowa teoria powinna rozwiązywać również, jeśli to tylko możliwe, pewne problemy teoretyczne - na przykład jak pozbyć się pewnych hipotez ad hoc, albo jak połączyć ze sobą w jeden system dwie dotychczas odrębne teorie. Jeśli uczonemu udaje się sprostać wszystkim tym wymogom, osiąga znaczny sukces. Ale to nie wszystko. Pytano mnie: "A czego właściwie chcesz jeszcze?" Odpowiadam - chcę jeszcze wielu rzeczy, a ściślej mówiąc logika sytuacji problemowej oraz próba zbliżenia się do prawdy wymagają spełnienia jeszcze szeregu dodatkowych warunków. Zatrzymam się tu na trzech. Oto warunek pierwszy: Nowa teoria wychodzić powinna od jakiejś prostej, nowej i płodnej koncepcji dotyczącej związków (przykładem przyciąganie grawitacyjne) czy to między przedmiotami dotąd niepowiązanymi (jak planety i jabłka), czy też między faktami (masa grawitacyjna i masa bezwładna) lub wreszcie nowymi obiektami teoretycznymi (pola i cząstki). Ten wymóg prostoty jest mało precyzyjny i trudno go jasno sformułować. Związany on jest z trudną do wyjaśnienia (bez popadania w regressus ad infinitum) koncepcją domagającą się, by teorie opisywały strukturalne własności świata. Kłopot polega na tym, że każda koncepcja struktury świata (chyba że mamy na myśli strukturę czysto matematyczną) zakłada już jakąś teorię ogólną; tak na przykład wyjaśnianie praw chemii przez odwołanie do struktur atomowych i cząsteczkowych zakłada koncepcję uniwersalnie ważnych praw wyznaczających własności i zachowania atomów lub cząsteczek. Jednakże jeden z aspektów pojęcia prostoty da się wyjaśnić logicznie: mam mianowicie na myśli sprawdzalność . To zaś prowadzi wprost do drugiego warunku. Otóż wymagane jest, by nowa teoria była niezależnie sprawdzalna ,8. Znaczy to, że ma ona tłumaczyć nie tylko wszystkie dotąd znane fakty, dla wyjaśnienia których została stworzona, lecz ponadto płynąć z niej muszą nowe (najlepiej nowego rodzaju), sprawdzalne konsekwencje; inaczej mówiąc: prowadzić musi do przewidywania nowych, dotąd nieobserwowanych zjawisk. Wymóg ten wydaje mi się niezbędny, albowiem nowa teoria, która go nie spełnia, okazać się może ad hoc; zawsze bowiem można stworzyć teorię zgodną ze wszystkimi znanymi dotąd faktami. Obydwa wymienione wyżej wymogi muszą być spełnione, aby dało się ograniczyć liczbę możliwych rozwiązań badanego problemu (w tym i mało interesujących), spośród których dokonać trzeba wyboru. Nowa teoria spełniająca drugi warunek oznaczać będzie krok do przodu niezależnie od tego, czy ostoi się nowym testom. Będzie ona bowiem lepiej sprawdzalna od poprzedniej. Jest tak, ponieważ tłumaczy wszystko, co tłumaczyła poprzedniczka, a ponadto pozwala na nowe zabiegi sprawdzające. Spełnienie drugiego warunku zapewnia ponadto, że nowa teoria okaże się w jakiejś mierze owocna jako narzędzie dalszych badań. Nasuwać będzie pomysły nowych doświadczeń, a jeśli nawet ich wyniki doprowadzą do jej obalenia, to nieoczekiwane rezultaty doświadczalne poszerzą naszą wiedzę empiryczną. Tym samym teoria wskaże nowe problemy, które będzie musiała rozwiązać jej następczyni. Myślę jednak, że dobra teoria spełniać powinna jeszcze trzeci warunek; oczekujemy od niej mianowicie, iż ostoi się nowym surowym zabiegom sprawdzającym. XIX Jest to wymóg o zgoła innym charakterze niż dwa poprzednie. O tym, czy tamte są spełnione, przekonać się można na podstawie samej tylko logicznej analizy starej i nowej teorii. (Są to więc "warunki formalne".) O tym zaś, czy teoria spełnia trzeci warunek, przekonać się można wyłącznie sprawdzając ją doświadczalnie (jest to "wymóg materialny", wymóg empirycznego sukcesu). Spełnienie trzeciego wymogu nie jest niezbędne w tym samym sensie co spełnienie dwóch poprzednich, decydujących o tym, czy nowa teoria jest obiecująca, czy w ogóle zasługuje na to, by poddać ją zabiegom sprawdzającym. Niektóre najbardziej interesujące i najbardziej godne podziwu teorie, jakie kiedykolwiek stworzono, upadły już w wyniku pierwszej próby ich sprawdzenia. I właściwie dlaczego by miało być inaczej? Z najbardziej interesującej teorii niekoniecznie wynikają prognozy nowych faktów czy zdarzeń. Przykładem może być wspaniała teoria Bohra, Kramersa i Slatera39 z 1924 r., która jako osiągnięcie intelektualne nie ustępowała teorii atomu wodoru Bohra z 1913 r., ale została z miejsca obalona w wyniku eksperymentów przeprowadzonych niezależnie od siebie przez Bothego i Geigera40. Świadczy to, iż nawet najgenialniejszemu fizykowi zdarzyć się może porażka w odgadywaniu tajemnic natury; jego intuicje są tylko domysłami, i ani to jego, ani jego teorii wina, jeśli zostanie obalona. W końcu los ten spotkał nawet teorię Newtona; a skoro sądzimy, że spotkać może każdą teorię, to czemu nie miałoby to się jej przydarzyć z miejsca? Kwestia, czy teoria padnie po sześciu miesiącach, po sześciu latach czy sześciu stuleciach, to tylko rzecz historycznego przypadku. Obalenie traktowano często jako klęskę uczonego, a przynajmniej jego teorii. Należy podkreślić, iż jest to indukty wistyczne nieporozumienie. Każde obalenie traktować należy jako wielki sukces: nie tylko tego uczonego, który go dokonał, lecz również autora teorii, który choćby pośrednio zasugerował eksperyment obalający. Nawet jeśli nowa teoria (taka jak Bohra, Kramersa i Slatera) upada przy pierwszej próbie, nie zasługuje bynajmniej na zapomnienie, historia zaś powinna być jej raczej wdzięczna za ujawnienie nowych niewyjaśnionych dotąd i nieoczekiwanych faktów, a tym samym - nowych problemów, a także za przyczynienie się za swego krótkiego życia do postępu wiedzy. Wszystko to wskazuje wyraźnie, że spełnienie trzeciego warunku nie jest niezbędne: nawet teoria, która nie czyni mu zadość, może być doniosłym wkładem do nauki. Mimo to twierdzę, że jest to, choć w nieco innym sensie, warunek konieczny. (Bohr, Kramers i Slater słusznie dążyli do czegoś więcej niż wniesienia tak rozumianego wkładu do nauki). Twierdzę więc przede wszystkim, że dalszy postęp nauki "Philosophical Magazine" 1924, 47, s. 785 i n. "Zeitschrift fUr Physik" 1925, 32, s. 63 i n. 41 Na tego rodzaju "nowe" przewidywania i na ich filozoficzne znaczenie zwracałem uwagę wyżej w rozdz. 3, s. 203 i n. stałby się niemożliwy, gdybyśmy nie starali się możliwie często sprostać również trzeciemu warunkowi. Jeśli nauka ma się nadal rozwijać, a jej racjonalność nie ponosić uszczerbku, potrzebujemy nie tylko udanych obaleń, lecz również sukcesów pozytywnych. Toteż zabiegać musimy o tworzenie teorii płodnych w prognozy nowych zjawisk, nowych sprawdzalnych konsekwencji, o których poprzednio nikt nawet nie myślał4'. Przykładem może być prognoza odchylenia w pewnych okolicznościach biegu planet od praw Keplera, albo ugięcie światła w polu grawitacyjnym, mimo że ma ono zerową masę. Jeszcze innym przykładem jest sformułowana przez Diraca prognoza, iż każdej cząstce elementarnej odpowiadać musi antycząstka. Jeśli postęp nauki ma trwać, tego rodzaju nowe prognozy nie tylko powinny być formułowane, lecz również empirycznie poświadczane. Potrzebujemy tego rodzaju sukcesów. Nie jest bynajmniej rzeczą bez znaczenia, że wielkie teorie naukowe oznaczały podboje nieznanych dotąd obszarów, nowe sukcesy w prognozowaniu zjawisk, o których uprzednio nikt nawet nie pomyślał. Potrzebujemy takich sukcesów, jakie odniósł Dirac (antycząstki przetrwały odrzucenie innych fragmentów jego teorii), czy teoria mezonów Yukawy. Potrzebne nam są empiryczne poświadczenia niektórych teorii choćby po to, aby spotęgować znaczenie udanych obaleń (jak na przykład zasady parzystości). Tylko dzięki takim chwilowym sukcesom odnosić możemy inne, polegające na obarczaniu odpowiedzialnością za obalenia określone składniki teoretycznej warstwy nauki. (Faktu, że odnosimy takie sukcesy, nie potrafią wytłumaczyć zwolennicy poglądów Quine'a czy Duhema). W przeciwnym razie stalibyśmy bezradni wobec ciągu obalonych teorii; nie mielibyśmy sposobu stwierdzić, choćby próbnie, jakie to fragmenty owych teorii czy wiedzy towarzyszącej ponoszą odpowiedzialność za ich niepowodzenia. XX Jak mówiłem poprzednio, nauka popadłaby w stagnację i utraciła swój empiryczny charakter, gdybyśmy nie potrafili obalać teorii. Widzimy teraz, że podobne byłyby skutki, gdybyśmy nie uzyskiwali weryfikacji nowych przewidywań, to znaczy gdybyśmy tworzyli teorie czyniące zadość pierwszemu warunkowi, ale nie spełniające trzeciego. Wyobraźmy sobie, że produkowany by był nieprzerwany ciąg teorii; każda tłumaczyłaby wszystkie fakty ze swej dziedziny włącznie z wynikami eksperymentów, które doprowadziły do obalenia jej poprzedniczki; każda byłaby niezależnie sprawdzalna na podstawie przewidywanych przez nią nowych zjawisk, ale każda by z miejsca upadała w wyniku dokonanych zabiegów sprawdzających. Każda spełniałaby więc tylko pierwsze dwa z trzech sformułowanych wyżej wymogów. W takim przypadku, jak twierdzę, mielibyśmy wrażenie, że produkujemy ciąg teorii, które mimo ich rosnącego stopnia sprawdzalności są teoriami ad hoc, i że bynajmniej nie zbliżamy się za ich pośrednictwem do prawdy. I byłoby to wrażenie całkiem zasadne: cały ten ciąg teorii mógłby być ad hoc. Skoro uznaje się bowiem, że teoria może być ad hoc, jeżeli nie jest niezależnie sprawdzalna na podstawie eksperymentów nowego rodzaju, a tłumaczy tylko to, co tłumaczyła jej poprzedniczka, oraz doświadczenia, które doprowadziły poprzedniczkę do upadku, to jest rzeczą jasną, że sam fakt, iż jest niezależnie sprawdzalna, nie może zapewnić, że nie jest ona ad hoc. Staje się to jasne gdy zważymy, iż za pomocą trywialnych zabiegów (na przykład łącząc ją w ten czy inny sposób z jakąkolwiek sprawdzalną, ale jeszcze niesprawdzoną fantastyczną prognozą ad hoc, jaka przyjdzie nam, lub jakiemuś autorowi powieści fantastyczno-naukowej do głowy) zawsze można sprawić, by teoria była niezależnie sprawdzalna, jeśli nie wymagamy zarazem, by z powodzeniem oparła się niezależnym próbom jej obalenia. Tak więc nasz trzeci wymóg (podobnie jak drugi) jest potrzebny, aby móc eliminować hipotezy trywialne i ad hoc 26. Potrzebny on jest wszakże również z poważniejszych jeszcze powodów. Słusznie, jak sądzę, oczekujemy, że któregoś dnia nawet nasze najlepsze teorie zostaną przezwyciężone i zastąpione przez lepsze (co nie wyklucza, byśmy nie potrzebowali wsparcia dla przekonania, iż mimo wszystko dokonujemy postępu). Nie skłoni nas to jednak do produkowania teorii tylko po to, by były przezwyciężane. Skoro celem badacza jest odkrywanie prawdziwych rozwiązań problemów, to traktować musimy teorie jako poważne próby odkrycia prawdy. Jeśli prawdziwe nie są, stanowić mogą, rzecz jasna, ważne szczeble w drodze do prawdy, narzędzia przyszłych odkryć. Nie znaczy to jednak, iż powinniśmy zawsze zadowalać się traktowaniem ich tylko jako szczebli, wyłącznie jako instrumentów. Oznaczałoby to bowiem porzucenie nawet tego poglądu, iż są narzędziami teoretycznych odkryć. Musielibyśmy traktować je wyłącznie jako instrumenty służące jakimś celom obserwacyjnym czy pragmatycznym. Podejście takie nie byłoby, jak podejrzewam, zbyt owocne nawet z pragmatycznego punktu widzenia. Jeśli radzi jesteśmy traktować teorie wyłącznie jako szczeble, to większość z nich nie będzie w stanie dobrze pełnić nawet tej roli. Celem naszym nie powinny być teorie będące tylko instrumentami służącymi do badania faktów, lecz takie, które dostarczają rzeczywistych wyjaśnień. Powinniśmy formułować rzeczywiste domysły o strukturze świata. Krótko mówiąc, nie możemy zadowolić się tylko dwoma pierwszymi wymogami. Spełnienie trzeciego wymogu nie zależy oczywiście od nas. Żadna pomysłowość nie gwarantuje zbudowania zadowalającej teorii. Musimy mieć również trochę szczęścia. A ponadto matematyczna struktura świata nie może być aż tak skomplikowana, by uniemożliwiała postęp. Jeśli istotnie postęp (jakiego wymaga trzeci warunek) miałby się skończyć, jeśli sukcesy polegałyby wyłącznie na obalaniu teorii, a nie na uzyskiwaniu jakichś weryfikacji prognoz nowego rodzaju - to dojść moglibyśmy do wniosku, że problemy naukowe stały się zbyt trudne, ponieważ struktura świata (jeśli on ją w ogóle ma) przekracza nasze możliwości jej zrozumienia. Nawet w tym przypadku moglibyśmy przez czas jakiś nadal konstruować teorie, krytykować je i falsyfikować; racjonalny aspekt metody naukowej mógłby przez jakiś czas pozostawać jeszcze w mocy. Sądzę jednak, że zwłaszcza ze względu na jej aspekt empiryczny istotne znaczenie mają zarówno sukcesy w obalaniu teorii, jak sukcesy teorii w opieraniu się przynajmniej niektórym najbardziej zdecydowanym próbom ich obalania. XXI Przeciwko temu, co powiedziałem, można argumentować, że są to tylko psychologiczne porady dotyczące postawy, jaką zajmować powinni uczeni (co w końcu jest ich sprawą prywatną), natomiast godna tej nazwy teoria metody naukowej powinna na poparcie trzeciego wymogu przedstawić argumenty natury logicznej czy metodologicznej. Zamiast o postawę apelować, teoria nauki winna wyjaśniać tę postawę i tę psychologię na podstawie analizy logicznej sytuacji, w jakiej badacz się znajduje. Uznaję tę krytykę i przedstawię trzy argumenty: pierwszy odwołuje się do teorii prawdy, drugi - do koncepcji zbliżania się do prawdy (podobieństwa do prawdy), trzeci zaś do niezależnych zabiegów sprawdzających i eksperymentów krzyżowych. (15) Oto pierwszy argument wskazujący, dlaczego omawiany wyżej wymóg jest tak ważny: Wiemy, że gdybyśmy mieli niezależnie sprawdzalną teorię, która - co więcej - byłaby prawdziwa, to dostarczałaby ona trafnych (i tylko trafnych) prognoz. Te zaś, choć nie są oczywiście warunkiem wystarczającym prawdziwości niezależnie sprawdzalnej teorii, to są co najmniej jej warunkiem koniecznym. W tym, ale tylko w tym sensie można powiedzieć, że jeśli poważnie traktujemy prawdę jako zasadę regulatywną, to musimy się domagać, by teoria koniecznie spełniała trzeci wymóg. (16) A oto drugi argument. Jeśli naszym celem jest zbliżanie naszych teorii do prawdy, troszczyć się powinniśmy nie tylko o ograniczanie ich zawartości fałszywej, lecz również o rozszerzanie zawartości prawdziwej. W niektórych przypadkach można to oczywiście osiągnąć poprzez konstruowanie nowej teorii w taki sposób, by tłumaczyła fakty, które stanowiły kontrprzykłady wobec poprzedniczki ("ratowanie zjawisk" w przypadku obalenia). W rozwoju nauki zachodzą jednak również przypadki wskazujące, iż nie jest to jedyny sposób rozszerzania prawdziwej zawartości treściowej teorii. Mam mianowicie na myśli przypadki, kiedy nie doszło do obalenia teorii. Ani teoria Galileusza, ani Keplera nie została obalona przed Newtonem, który próbował ująć je łącznie na podstawie ogólniejszych założeń, a tym samym objąć jedną teorią dwa odrębne dotąd obszary badań. To samo da się powiedzieć również o innych teoriach. System Ptolemeuszowy nie został obalony przed Kopernikiem. Aczkolwiek niezgodne z dotychczasową teorią doświadczenie Morleya-Michelsona poprzedziło teorię względności Einsteina, to Lorentz i Fitz-gerald zdołali je wyjaśnić bez jej pomocy. W tego rodzaju sytuacjach szczególnie ważną rolę spełniają doświadczenia krzyżowe. Nie mamy podstaw do twierdzenia, że nowa teoria jest lepsza od starej, że bliższa jest prawdy, tak długo póki nie wyprowadzimy z niej takich nowych prognoz, które nie wynikały ze starej (fazy Wenus, perturbacje orbity Merkurego, równoważność energii i masy) i nie wykażemy, że są one trafne. Tylko taki bowiem sukces wskazuje, że nowa teoria ma prawdziwe konsekwencje (prawdziwą zawartość) tam, gdzie stara zawodziła. Gdyby w rezultacie takiego eksperymentu krzyżowego nowa teoria nie ostała się, nie byłoby podstaw, by zrezygnować na jej rzecz ze starej, choćby i nie w pełni zadowalającej. (Taki był los teorii Bohra-Kramersa-Slatera.) We wszystkich tego rodzaju przypadkach nowa teoria jest potrzebna, aby móc stwierdzić, gdzie zawodzi dotychczasowa. Sytuacja jest oczywiście inna, jeśli o brakach starej teorii wiadomo, nim jeszcze pojawi się nowa. Z logicznego punktu widzenia jest to jednak przypadek dość podobny do tych, kiedy teorię wskazującą na nowe doświadczenia krzyżowe Aczkolwiek zgodnie z moim kryterium demarkacji pozbawiona jest ona statusu naukowego czy też empirycznego, a więc jest metafizyczna, to statusu takiego nie odmawiają jej ci pozytywiści, którzy przypisują go wszystkim zdaniom weryfikowalnym. Niektórzy z moich przyjaciół pozytywistów zapewniali mnie, że traktują przytoczone zdanie o diable jako empiryczne. Choć jest fałszywe, ale jest empiryczne, powiadali, twierdząc że mylę fałszywe zdania empiryczne ze zdaniami pozbawionymi treści empirycznej. Myślę jednak, że jeśli w ogóle ktoś tu się myli, to nie ja. Ja również sądzę, iż to zdanie egzystencjalne jest fałszywe. Myślę jednak, że jest to fałszywe zdanie metafizyczne. A jeśli ktoś sądzi, ze jest to zdanie empiryczne, to jak może uważać, że jest fałszywe: jest przecież empirycznie niewywrotne. Nie ma przecież takiej obserwacji, na mocy której można by było stwierdzić jego fałsz. Orzeczenie jego fałszu pozbawione jest wszelkich podstaw empirycznych. Ponadto, można łatwo okazać, iż jest ono wysoce prawdopodobne. Jak wszelkie zdania egzystencjalne jest ono, by użyć terminologii Carnapa, niemal logicznie prawdziwe (w dostatecznie dużym świecie). Tak więc jeśli traktujemy je jako empiryczne, to nie mamy żadnych powodów, by je odrzucić, a wszelkie powody, by je uznać - zwłaszcza na gruncie subiektywnej teorii przekonań prawdopodobnych. Teoria prawdopodobieństwa mówi nawet więcej: można łatwo dowieść, że świadectwa empiryczne nie tylko nie mogą nigdy obalić niemal logicznie prawdziwego zdania egzystencjalnego, ale nawet nie mogą nigdy zmniejszyć jego prawdopodobieństwa27. (Jego prawdopodobieństwo może zostać zredukowane wyłącznie na podstawie informacji co najmniej "niemal logicznie fałszywej", a więc nie na podstawie świadectwa obserwacyjnego.) Tak więc jakiekolwiek byłyby fakty, prawdopodobieństwo empiryczne naszego zdania o diable i stopień jego empirycznego potwierdzenia (w rozumieniu Carnapa) musi pozostać wiecznie bliskie jedności. Nie byłoby mi trudno poprawić moje kryterium demarkacji w taki sposób, by zaliczało zdania czysto egzystencjalne do zdań empirycznych. Wystarczyłoby uznać, że należą do nich nie tylko zdania falsyfikowalne czy sprawdzalne, lecz również takie, które w zasadzie mogą zostać empirycznie "zweryfikowane". Wierzę jednak, że lepiej tego nie czynić. Jak wskazuje bowiem rozpatrzony przykład, jeśli nie chcemy uznać egzystencjalnego zdania o zaklinaniu diabła, zaprzeczyć musimy jego empiryczny charakter (niezależnie od tego, że może ono zostać łatwo sformalizowane w jakimś modelu języka pozwalającym na wyrażanie najbardziej elementarnych twierdzeń naukowych). Odmówienie empirycznego charakteru omawianemu zdaniu umożliwia odrzucenie go na podstawie przesłanek nieempirycznych 28. Wskazuje to, iż lepiej jest, jak usiłowałem wyjaśniać od dłuższego czasu, nie zakładać bezkrytycznie, iż terminy "empiryczny" i "sensowny" muszą oznaczać to samo, i że sytuacja bynajmniej nie ulegnie poprawie, jeśli bezkrytycznie założymy, że prawdopodobieństwo łub probabilistyczny stopień potwierdzenia traktowane być mogą jako kryterium empiryczności teorii naukowych. Nieempiryczne i przypuszczalnie fałszywe zdanie może bowiem, jak to okazałem wyżej, mieć wysoki stopień prawdopodobieństwa. Por. wyżej rozdz. 8, § 2 oraz rozdz. 11, zwłaszcza s. 461-467.

deklaracja dostępności